W czyśćcu nie będziesz sam…

Moja chłonność literatury miewa swoje wzloty i upadki. I bardziej zależy od mojego, ogólnego nastroju niż od samej książki jako takiej.

Często tak miewam, że książka, która nawet od kilku lat czeka cierpliwie na półce na swoją kolej i czytana po kilka zdań raz na tydzień nie potrafi się doczekać jej ukończenia, a wystarczy, że w odpowiednim momencie zacznę ją czytać od początku i jestem w stanie skończyć ją w jeden wieczór.

Tak było na przykład z „Dziewczyną, którą nigdy nie byłam”, do której przymierzałam się w sumie kilka razy i którą w końcu za którymś razem połknęłam w całości. Też ją kiedyś zrecenzuję… ale nie tym razem :)

Tym razem będzie o  ”Araf” Elif Shafak, którą połknęłam bardzo szybko i bez zbędnych przerw.

Multi-kulti, to mój ulubiony literacki temat od zawsze. Relacje między ludźmi, którzy mieszkają razem i są przedstawicielami różnych kultur, różnych krajów, którzy zmuszeni są do tego by razem się dogadywać, wytrzymywać ze sobą, nie wchodzić sobie w drogę, a którym w tym porozumiewaniu się przeszkadzają stereotypy wpisane w ich własną kulturę i co za tym idzie, sposób postrzegania rzeczywistości, na koniec zawsze pokazują, że gdzieś w głębi siebie wszyscy jesteśmy tacy sami, ponieważ też wszyscy zawsze dążymy do tego samego.

Do zrozumienia siebie nawzajem.

Podczas lektury, zdarzyło mi się zadzwonić do mojej babci, wielbicielki tureckich seriali w stylu „Wspaniałe stulecie”, ażeby się dopytać czy właśnie ogląda te swoje tureckie seriale, bo ja właśnie czytam tureckie książki.

Co prawda autorka książki, Elif Shafak, napisała kilka lat po „Araf”, „Ucznia Architekta”- książkę, której akcja również ma miejsce na dworze Sulejmana Wspaniałego i – podobno – bo jeszcze jej nie czytałam – opisuje dworskie intrygi. Ale z „Araf” nie ma to praktycznie nic wspólnego.

Najpierw zastanawia tytuł książki. „Araf”, to po turecku czyściec, czyli faza przejściowa, w której znajdują się bohaterowie powieści.

Książka jednak została oryginalnie napisana w języku angielskim, a jej tytuł to w wolnym tłumaczeniu „Święty początkowej fazy szaleństwa” (The Saint of the incipient insanities).

Zastanawia więc dlaczego pan Jerzy Kozlowski zmienił jej tytuł,  używając języka tureckiego. Wygooglowałam to co zdołałam, jednak odpowiedzi na to pytanie nie uzyskałam.

Gdyby komuś udało się zdobyć jakieś informacje na ten temat i mi je udostępnić – będę wdzięczna.

W każdym razie, dla mnie osobiście wstępna faza szaleństwa, w której znajduje się praktycznie każdy z bohaterów książki, nie ma zbyt wiele wspólnego z czyśćcem, czyli według chrześcijaństwa, a właściwie tylko religii katolickiej i, o dziwo, również islamu, miejscem, w którym dusze odpokutowują swoje grzechy.

Święty pierwszej fazy szaleństwa, to raczej przedsionek szaleństwa, przed którym bohaterowie książki bronią się bądź też bronią ich osoby trzecie aż do ostatnich stron powieści.

Abed, wierzący i praktykujący muzułmanin ucieka od nieczystości, którą definiuje jego religia. Dlatego też nie może zrozumieć Ömera, który do Stanów Zjednoczonych przybywa z Turcji już zaznajomiony z amerykańską popkulturą, a szczególnie z jej muzyczną odmianą i pogrąża się we wszystkich możliwych grzechach islamu.

Alegre, Amerykanka meksykańskiego pochodzenia, ma zaburzenia łaknienia, co nie zmienia faktu, że jej stosunek do niego jest zwyczajnie ambiwalentny, gdyż nikt, tak jak ona, nie potrafi wydobyć z potrawy pełni smaku.

Sarpanitu, Gatheride, Ilena, Gail, nikt nie wie jak naprawdę się nazywa, skąd pochodzi i co ją nakręca poza samobójczymi próbami, z których odratowują ją za każdym razem postronne osoby. Pogrążona  totalnie w nieświadomości tego kim jest, próbuje od nowa posklejać swoją osobowość z kawałków, które podtykane są pod jej nos przez osoby, które spotyka na swojej drodze.

No i jest i Piyu, który ze swoją obsesją na punkcie czystości i kontroli nie zauważa nawet pewnego braku kontroli u swojej dziewczyny.

Wszyscy bohaterowie posługują się językiem angielskim, który praktycznie dla żadnego z nich nie jest językiem ojczystym.

Jest językiem wyuczonym.

W jaki sposób? Najlepiej ilustruje to rozdział, w którym Ömer wspomina podręcznik, z którego uczył się tego języka. Sympatyczne małżeństwo z obrazków opisywało swoje otoczenie, nazywając przedmioty i ich barwy w obcym dla niego języku. Lecz jak się okazuje

Życie, prawdziwe życie z krwi i kości, stosowało się, a owszem, do reguł gramatycznych, a z drugiej strony bezustannie, systematycznie i szczęśliwie je omijało. Życie tworzyło zdania zgodnie z wymogami gramatyki, lecz także wybijało gdzieniegdzie dziury, przez które wybijała istota języka, by przybrać inne kształty.

Tak. Gdyż na koniec to właśnie życie wlewa się w gramatyczne reguły, w których powinni oni wszyscy tkwić i do których powinni się dostosować. Jednak przedsionek szaleństwa, to nie poczekalnia, która pozwala na spokojne wycofanie się do gramatycznych reguł panujących po drugiej stronie, a jedynie przedsmak tego z czym bohaterowie prędzej czy później muszą się zmierzyć.

Ostatnie strony przypominają mi karuzelę, która wciąga bohaterów w swój wir, a następnie po przetrawieniu, wyrzuca ich na bruk.

Przypomina mi to zakończenie „Requiem dla snu”, gdzie bohaterowie wciągani w kołowrotek napędzającego ich szaleństwa, wyrzucani są w taki sam bezlitosny sposób.

No i tak. Częściowo zdradziłam też zakończenie. Chociaż nie będę ukrywać, że kończąc ostatnie zdanie nagle okazało się jak wiele wątków mi umknęło i jak wiele rzeczy nadal jest dla mnie niejasnych, gdyż sama powieść jest w taki właśnie sposób niedomknięta i niedokończona.

Życie toczy się dalej i nie wiadomo jak bohaterowie przetrawieni przez machinę szaleństwa będą dalej prząść swe losy.

Pewne pytania na zawsze już zostaną bez odpowiedzi.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>