Wyznania szkolnego dziobaka

Czy warto mieć same piątki w szkole?

No myślę, że odpowiedź jest bardzo prosta. Oczywiście, że nie. Wiele naukowych badań potwierdza, że piątkowi uczniowie rzadko kiedy daleko zachodzą.

Często wytyka się ich jako „kujonów”, „dziobaków”, „lizusów”.

Wiecie co? Ja też byłam piątkową uczennicą. Moje świadectwo szkolne nigdy nie splamiło się oceną poniżej dobrej. I też często byłam wytykana jako ten „dziobak w brylach”. I też zawsze mi powtarzano, że oceny wcale o mnie dobrze nie świadczą. Zawsze też moja młodsza siostra była dla mnie przykładem, bo mimo że nie posiadała samych piątek na świadectwie, w życiu z ludźmi radziła sobie dużo lepiej.

I tak. Strasznie jej tego zazdrościłam.

Jako nastolatka czułam się jak taki właśnie bezużyteczny, nikomu nie potrzebny nałogowy pochłaniacz formułek.

Że przyswajanie pewnych schematów pamięciowo nigdy nie przychodziło mi z trudnością, to już inna sprawa.

Jakaś siła tajemna kazała mi siedzieć nad książkami przed wszystkimi sprawdzianami i opanowywać pamięciowo wymagane obszary wiedzy. I jaka to była dla mnie satysfakcja, kiedy wreszcie udało się taki wycinek wiedzy opanować i zrozumieć. Bo zakuwanie na pamięć było dla mnie katorgą nie do przyjęcia.

Jeśli czegoś nie rozumiałam, nie potrafiłam tego przyswoić. Jeśli coś nie opierało się na zrozumiałych dla mnie zasadach logiki, nie było dla mnie przyswajalne.

Zamiast tracić czas na jakieś hobby czy też rozwijanie własnych pasji, traciłam go na rozwiązywanie zadań z matematyki, których nie potrafiłam rozwiązać na lekcji. Próbowałam dojść, dlaczego moje rozwiązanie nie jest zgodne z kluczem. I zawsze sama znajdowałam błędy. I w ten sposób dochodziłam do poprawnych rozwiązań. Zawsze.

Tylko że w ten sposób straciłam też totalnie orientację w tym, co mnie rzeczywiście interesuje, a co interesuje mnie tylko do tego stopnia żeby zdobyć dobrą ocenę.

Teraz wiem, że nie we wszystkim muszę być dobra, a zgłębianie wiedzy dla samej siebie, jest dużo ciekawsze niż zgłębianie jej dla dobrych ocen. Ale paradoksalnie im więcej jej posiadałam, tym bardziej zdawałam sobie sprawę z tego jak mało wiem.

W pewnym momencie wpadła mi w ręce „Archeologia wiedzy”. Było to już na studiach, czyli na długo po tym, jak moje uzależnienie od piątek sięgnęło swoje apogeum.

Zadziwiające, że dopiero wtedy zrozumiałam, że wiedza, to nie ilość opanowanych pamięciowo faktów, a dyskurs wykorzystujący te fakty.

Ja ich niestety nie potrafiłam wykorzystać, mimo że posiadałam ich nieskończoną ilość.

I na tym polegał mój problem.

Problem ten jednak zupełnie inaczej wygląda z perspektywy tych prawie dwudziestu lat.

Bo tak. Nie miałam czasu na moje pasje i zainteresowania, bo moją jedyną pasją i zainteresowaniem było odpowiednie pamięciowe opanowanie zadanego materiału.

Ale bardzo szybko okazało się, że nie miałam nigdy problemu ze zgłębieniem każdego problemu, bo ogólna, opanowana do perfekcji wiedza, pozwalała mi swobodnie poruszać się po prawie każdej dziedzinie. Niestety tylko do punktu, który wyznaczały dobre oceny. Tę granicę jakoś niespecjalnie chciało mi się przekraczać.

Może to źle. A w każdym razie dawno, dawno temu tego żałowałam. Bo pewnie nigdy nie miałabym wtedy problemu z określeniem czy jestem ścisłowcem czy humanistą.

Bardzo wcześnie nauczyłam się czytać. Sama. I też bardzo wcześnie zaczęłam pochłaniać ogromne ilości książek, często w ogóle niedopasowanych do mojego wieku ani płci. Ale z tego co pamiętam, to na początku lat dziewięćdziesiątych prawie każdy marzył o tym żeby zostać archeologiem albo paleontologiem. No wiecie. Filmy o Indianie Jones, Park Jurajski i inne taki tam. Ale też wtedy ukazało się mnóstwo książek popularnonaukowych, które te dziedziny wiedzy popularyzowały. I teraz czasem żałuję, że jednak nie poszłam w tę stronę.

Inna sprawa, że nie tylko książki popularnonaukowe pochłaniałam, ale i powieści przygodowe. Taki na przykład Tomek Wilmowski albo Dzika Mrówka, nie mówiąc już o Panu Samochodziku, to byli prawdziwi idole mojego dzieciństwa (obok Ani Shirley i Pippi Langstrump oczywiście ;) ).

I tak sobie teraz czasami myślę, jak to jednak fajnie byłoby składać puzzle ze skorup znalezionych gdzieś pod ziemią albo pędzelkiem odkopywać mury zaginionych miast, a najlepiej Tajemniczych Złotych Miast :)

No ale cóż. Skoro język polski zawsze tak łatwo wchodził mi do głowy i nigdy też nie miałam problemów z przelewaniem myśli na papier, to z całą pewnością jestem humanistką.

Dopiero jednak na polonistyce okazało się, że ta łatwość, z jaką przyswajałam najróżniejsze schematy, to jednak typowo ścisłe myślenie, które z myśleniem humanistycznym nie ma zbyt wiele wspólnego…

Dla mnie to właśnie te studia były prawdziwym szokiem kulturowym, którego nie doświadczyłam nawet pracując z Hindusami.

Ale tak z drugiej strony, to jednak zdobyłam ten tytuł naukowy w dziedzinie humanistycznej, więc nie wiem czy to mój sposób przyswajania wiedzy się zmienił czy też przekształcił, czy też zwyczajnie w moim mózgu pojawiły się nowe połączenia neuronowe, które umożliwiły mi  ”emancipate myself from  mental slavery”.

Z biegiem czasu okazuje się jednak, że ten czas poświęcony na opanowywanie zadanego materiału, wcale nie okazał się znowu takim straconym czasem.

I naprawdę wcale go nie żałuję. Ale dopiero teraz.

No więc jak odpowiedzieć na pytanie zadane w tytule? No cóż. Każdy medal ma zawsze dwie strony :)

2 comments on “Wyznania szkolnego dziobaka
  1. Przeczytałam Twoje przemyślenia z zapartym tchem. Z przyczyny nie jednej tylko. Bo przecież znam Cię z tych właśnie piątkowych czasów i dla pedagogów takie uczennice to miód na serce. Ale jest też druga przyczyna. Mam obok siebie takiego małego Twojego klona w postaci mojej prawie jedenastoletniej wnusi i widzę jak to wygląda w szerszym kontekście. Ona ma dokładnie takie samo podejście do nauki, do zainteresowań, do życia. Jest w czwartej klasie i oczywiście przylgnęła już do niej łatka kujona. I tak jak Ty ma młodszą siostrę zapraszaną na imprezy urodzinowe, mającą szerokie grono kolegów zwłaszcza. Ostatnio wychowawczyni zapytała, kto po szóstej klasie zamierza zmienić szkołę (wnuczkę obejmuje już reforma). Zgłosiła się, bo planuje przejście do szkoły o wyższym poziomie. I co usłyszała?? Chór głosów ze strony klasy: nareszcie!!! Możesz sobie wyobrazić, jak się poczuła…
    Chciałabym bardzo, żeby tak jak Ty, zrozumiała kiedyś, że to robi teraz, jaka jest aktualnie, jest dla niej najlepsze. Że tani populizm niekoniecznie jest tym, co daje życiową korzyść. No ale nie jest łatwo.
    Mimo wszystko tak sobie myslę, czy nie byłoby dobrze skonfrontować tej mojej wnusi z jakimś dobrym psychologiem dziecięcym, aby pomógł jej odnaleźć się w tej rzeczywistości.
    W każdym razie dziękuję za tekst!

    • To ja dziękuję za komentarz. I mogę powiedzieć jedno. Nie warto przekonywać na siłę do siebie otoczenia. Lepiej je zwyczajnie zmienić. I psycholog nie będzie wcale bardziej pomocny.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>