Dlaczego samotność mnie nie przeraża?

Od kiedy pamiętam, zawsze straszono mnie, że kiedyś zostanę sama i nie będzie mi miał kto szklanki wody podać. Wiem, że miało mnie to „otworzyć”, sprawić bym „wyszła do ludzi”. Ale wiecie co? Mnie to radowało.

Nigdy nie miałam problemu z tym, że zamiast w gromadzie, zawsze trzymałam się z boku. Pamiętam, jak mi się to podobało, kiedy w jednej z pierwszych klas podstawówki siedziałam sobie sama w ostatniej ławce i nie musiałam się „udzielać towarzysko”.

Prawie wszyscy patrzyli na mnie ze współczuciem, a ja wtedy byłam naprawdę szczęśliwa. Nikt mnie nie rozpraszał, nikt mnie nie wytrącał z równowagi. Mogłam sobie pracować samodzielnie nad każdym zadaniem.

Dochodziło nawet do takich skrajności, że kiedy nauczycielka wychodziła z sali, a całą klasę opanowywał jakiś dziwny szał wolności, polegający na tym, że nikt nas nie pilnuje, więc możemy krzyczeć, gadać, wygłupiać się, ja spokojnie rozwiązywałam zadanie zadane przez nauczyciela.

Co ja robiłam w danej chwili? Rozwiązywałam zadania zadane przez nauczyciela. Przez co miałam poważne problemy z kolegami. No bo ja to taki lizus, skoncentrowany na poleceniach nauczyciela. Problem tylko w tym, że mi wykonywanie tych zadań sprawiało dużo większą przyjemność niż „udzielanie się towarzyskie”, czyli przystępowanie do ogólnoklasowej wrzawy.

W pewnym momencie zaczęło mi to nawet przeszkadzać. Pewnie całkiem spory udział miały te ciągle powtarzające się pytania, „czemu jesteś taka spokojna”.

No bo co ja na to poradzę, że bardziej niż zabieganie o czyjeś względy interesowały mnie poprawnie wykonane ćwiczenia i bardzo irytowało mnie, że nie znajdzie się nikt, kto pomoże mi znaleźć poprawne rozwiązanie?

Już wtedy było widać, że jestem typowym ścisłowcem, tylko że skoro bardzo lubiłam czytać książki i nie miałam nigdy problemu z przelaniem myśli na papier, to na pewno matematyka musi mi iść gorzej. No fakt. Szła mi gorzej. Tylko że w tamtym czasie to gorzej, to zamiast „piątki” oznaczało „czwórkę”.

No tak. Taki dziwoląg ze mnie był. Zabawne, że to dziwactwo ujawniało się tylko w szkole. Bo z tego co pamiętam, to „na placu” nigdy nie miałam z tym problemu.
Do tej pory z sentymentem wspominam dzieciństwo „na podwórku” i wszystkie zabawy, które wtedy razem z całą dzieciarnią wymyślaliśmy. Skupiona byłam tylko w szkole.

No ale ten „smród spokoju” zaczął się za mną ciągnąć po szkole. Nie warto się z nią zadawać, bo ona jest taka spokojna i w ogóle się nie odzywa. Do tego nosi jeszcze te okulary, co w ogóle już ją udziwnia.

No i w pewnym momencie zaczęło mnie to trochę uwierać. Ta łatka „tej spokojnej, co się nie odzywa”.

Wiem, że się powtarzam. I chyba już kilka razy pisałam o tym samym. Ale tak się składa, że jakiś czas temu wpadło mi w ręce nagranie poniżej. Co prawda trwa kilkanaście minut, ale jasno i precyzyjnie określa problemy jakie miałam w wieku lat kilkunastu.

Tak. Jestem introwertyczką i po raz pierwszy od nie pamiętam jak dawna, nie mam z tym problemów. Lubię być sama. Kiedy jestem zmęczona jakimś ciężkim dniem, muszę pobyć przez kilka godzin sama, żeby zaczerpnąć energii. Żeby się doładować.

Tak po prostu. Lubię być sama. I nie zmuszać się do mówienia, kiedy nie mam nic do powiedzenia. To nie oznacza, że nie mam nic do powiedzenia, tylko że nie mam nic do powiedzenia w danej chwili bądź też na dany temat. Ale czy to coś złego? Nie wydaje mi się. Po prostu nie mam ochoty udowadniać wszystkim dookoła, że ja też tu jestem i też mam coś do powiedzenia w tej sprawie.

Zwyczajnie nie mam takiej potrzeby.

Takie wspomnienie z „zielonej szkoły” w trzeciej klasie podstawówki mi się nasuwa. Pierwsze to była gra w „a rim cim cim”. Taka wariacja gry w butelkę, ze skakaniem podczas śpiewania pewnej bzdurnej piosenki przez dzieci i zatrzymywaniem się w momencie, gdy piosenka się kończyła. Należało wtedy stanąć tyłem do osoby, przy której się zatrzymało i obrócić głowę w jedną stronę. Jeśli obróciło się głowy w tę samą stronę, należało się pocałować z tą osobą.

Pamiętam, że ja bardzo się starałam zatrzymywać przy moich kolegach z podwórka, bo byłam pewna, że skoro się dobrze znamy, to na pewno nie będę się musiała z nimi całować ku uciesze gawiedzi. Ta zabawa, to był dla mnie jakiś koszmar

Co zrobili moi koledzy? Wyśmiali mnie, bo przecież ja specjalnie się przy nich zatrzymywałam, żeby się ze mną całowali. Tak to niestety cudze intencje bywają mylnie interpretowane przez masy.

I drugie wspomnienie z tej samej „zielonej szkoły”. Po jednej czy dwóch takich „a rim cim cim”, nauczyłam się unikać popołudniowych przerw z grami i zabawami. Zostawałam wtedy sama w pokoju i w spokoju czytałam sobie książki.

Że przy okazji sprzątałam pokój, który zajmowałam wtedy z trzema koleżankami, bo denerwowały mnie porozwalane wszędzie rzeczy, to już inna sprawa.

No ale jak to zinterpretowały moje koleżanki? Że daję się wykorzystywać. A skoro daję się wykorzystywać w taki sposób, to może zrobić ze mnie frajerkę przy całej gawiedzi?

Ale tak sobie myślę, że błędy w interpretacji, czy też jak w moim przypadku całkowite przeinaczanie moich intencji, to już temat na zupełnie inny wpis.

Tymczasem udaję się na oglądanie filmów dokumentalnych na Youtube. Sama :)

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>