Bez pracy…

Hej. Zgodnie z obietnicą, nowy rok zaczynam trochę poważniej.

Podejrzewam, że tym razem może być trochę kontrowersji, ale zastrzegam: wszystko to, co poniżej napiszę, to są moje osobiste wnioski i refleksje i nie każdy musi się z nimi zgadzać.

Od czego by tu więc zacząć?

Nie wiem czy się już kiedyś chwaliłam, że jestem uzależniona od polskiego popularnonaukowego Youtube’a.

Ostatnio wkręciłam się w filmy „Prostej ekonomii”. Co tu dużo gadać. Jestem w stanie (jeśli oczywiście mam czas) oglądać je na okrągło (nie żartuję).

No i tak to sobie oglądam i oglądam i nie będę ukrywać, że prostota, z jaką twórcy kanału tłumaczą przyczyny powstawania kryzysów ekonomicznych, wręcz urzeka.

Ale…

Szczególne zainteresowanie wzbudził we mnie film dotyczący płacy minimalnej, w którym autorzy uzasadniali jej zlikwidowanie samymi pozytywnymi skutkami w gospodarce wolnorynkowej.

W tym momencie przypomniało mi się wydarzenie sprzed kilku miesięcy. Mały sklep obuwniczy u mnie na dzielni.

W momencie kiedy weszłam, w sklepie znajdowała się jedna klientka i ekspedientka, która gorąco zagrzewała klientkę do jakiejś walki słowami „Nie wolno tak się dawać. Trzeba coś z tym zrobić”.

Klientką była kobieta może trochę starsza ode mnie, prosta (nie prostacka!!!), niewykształcona. I bardzo smutna.

Po jej wyjściu, ekspedientka zaczęła opowiadać jej historię.

Klientka, która przed chwilą wyszła, pracuje jako sprzątaczka w firmie zajmującej się usługami sprzątającymi. Pani pracuje 40 godzin tygodniowo i „na rękę” dostaje około 800 zł co miesiąc.

Bądźmy szczerzy. Jak ktokolwiek może przeżyć za taką sumę cały miesiąc?

Z innej beczki. Jeśli pani pracuje pod czyimś zwierzchnictwem i pracę tę wykonuje w określonym miejscu i w określonych godzinach na umowę zlecenie, to w takim przypadku może ona spokojnie udać się z tą umową do Państwowej Inspekcji Pracy, w związku z tym, że ma ona znamiona umowy o pracę i, po pozytywnym rozpatrzeniu sprawy, pracodawca będzie musiał zawrzeć z pracownikiem umowę o pracę.

Z innej beczki.

Ostatnio koleżanka zwierzyła mi się, że dostała wymarzoną pracę, z jednym ale. Pracodawca chciał z nią podpisać umowę o pracę z wynagrodzeniem niższym niż płaca minimalna.

Na zapytanie koleżanki o „nieprzepisową” kwotę, pracodawca odpowiedział, że premie wyrównają jej wynagrodzenie do płacy minimalnej.

Oczywiście moją pierwszą reakcją, była porada, aby tę umowę podpisała i zaniosła ją do Inspekcji Pracy. Na co moja koleżanka, że ona doskonale wie, że jest to niezgodne z przepisami, ale podobno wszyscy się na to godzą.

Dodam jeszcze, że zawód mojej koleżanki wymaga ukończenia studiów wyższych, a jej zakład pracy ma podpisany kontrakt z NFZ i działa pod szyldem pewnej fundacji.

Fakt. W takim zawodzie potrzebne jest doświadczenie, którego nie zapewnią obowiązkowe praktyki studenckie, ale wydaje mi się, że nawet po takich praktykach, można pracownikowi przydzielać łatwiejsze zajęcia, za które może on pobierać wynagrodzenie wyższe od pensji minimalnej.

I po takich doświadczeniach oglądam filmik, w którym tłumaczy się mi, że to wolny rynek samodzielnie reguluje wysokość wynagrodzeń i ludzie, którzy pobierają pensje minimalne, są najczęściej osobami młodymi, bez doświadczenia, które chętnie podjęłyby pracę za wynagrodzenie niższe niż pensja minimalna.

No co tu dużo gadać. Przykro się robi.

Ale gdyby tak zlikwidować tę umowę o pracę i zlikwidować obowiązkowe składki pracodawców, całe wynagrodzenie w wysokości wynegocjowanej kwoty przelewać na konto pracownika, który samodzielnie płaciłby podatek, zaliczki na poczet przyszłej emerytury i ubezpieczenie na wypadek choroby, a także świadczenia medyczne?

Teoretycznie taki pracownik mógłby samodzielnie decydować czy chce otrzymywać jakąkolwiek emeryturę czy chce się ubezpieczyć na wypadek niezdolności do pracy, czy też czy chce opłacać usługi medyczne.

Pewnie po opłaceniu tego wszystkiego na rękę zostałoby mu też tylko około 70% wynegocjowanej u pracodawcy kwoty, ale różnica polegałaby na tym, że w tym momencie państwo nie byłoby już „złodziejem”, bo to pracownik samodzielnie mógłby decydować czy chce co miesiąc opłacać składki by w razie choroby móc za darmo skorzystać z porady lekarza, czy chce oszczędzać na składkach na ubezpieczenie zdrowotne, a kiedy konieczność zajrzy mu w oczy, przeznaczyć lwią część swojego majątku na ratowanie swoje życia i zdrowia.

Gdyby nie było czegoś takiego jak umowa o pracę i związek nadrzędno-podrzędny w pracy, kiedy wszyscy mogliby samodzielnie decydować o godzinach i miejscu wykonywanej pracy, myślę, że w takim świecie moglibyśmy zlikwidować pensję minimalną.

Nawet jeśli chodzi o taką firmę sprzątającą. Gdyby to kilka takich klientek z wcześniej wymienionego sklepu obuwniczego, skrzyknęło się razem i założyło właśnie firmę sprzątającą, w której samodzielnie decydowałyby o stawkach wynegocjowanych z klientami i sposobie realizacji zleceń, myślę, że wyszłyby na tym dużo lepiej niż harując dla pracodawcy, który pomnaża swój majątek na tym, że ma narzędzia do wykonywania pracy i kontakty zapewniające mu podpisywanie kolejnych umów. Tylko ci leniwi pracownicy jakoś mu tak uszczuplają ten majątek…

No ale przecież ja się na tym nie znam.

Jak już wcześniej napisałam, to tylko kilka takich moich przemyśleń odnośnie całego, tego tematu.

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>