Komedia postromantyczna

Hej. Wygląda na to, że to będzie ostatni wpis w tym roku. Cały czas nosiłam się z zamiarem dotarcia do trzech wpisów w tym miesiącu (bo na tyle miałam pomysły), ale niestety nie udało się.

Nie będę się tłumaczyć brakiem czasu ani żadnymi innymi poważnymi okolicznościami życiowymi. Chociaż takowe faktycznie miały miejsce.

Wydaje mi się, że mamy jeszcze wszyscy w sobie tę wspaniałą świąteczną atmosferę, więc może ten poważniejszy wpis zostawię sobie już na początek przyszłego roku.

Jednocześnie też mam już kolejne postanowienie noworoczne. Będę częściej pisać.

Nie będę ukrywać, że prowadzenie tego bloga, jest przyjemnością przede wszystkim dla mnie. Zawsze lubiłam pisać. Zawsze też marzyłam o tym, że operowanie piórem stanie się kiedyś moim sposobem na życie.

Niestety ułożyło się ono trochę inaczej niż planowałam i zamiast literkami, posługuję się dziś w pracy przede wszystkim cyferkami. Co dziwne, jak już wcześniej kiedyś pisałam, moje pisanie umarło śmiercią naturalną właśnie na studiach, nomen omen, filologicznych. No i potem, po bardzo zresztą długiej przerwie, ciężko było mi się pozbierać, żeby to coś, co lubię, przekuć w hobby, które może jednak, mimo długiego upływu czasu, w jakiś sposób się rozwinie.

I wiecie co? Po roku pisania widzę pierwszy, poważny postęp. Nareszcie nauczyłam się posługiwać zdaniami pojedynczymi :D

Wiem, że to pewnie bardzo śmiesznie brzmi. Ale to taki mój mały, prywatny sukces, którym mam ochotę się pochwalić. A co!

No ale wróćmy do właściwego tematu.

Jak już kiedyś pisałam, uwielbiam komedie romantyczne i mogłabym je oglądać na śniadanie obiad i kolację. I nie ma szans na to, ażeby kiedykolwiek mogły mi się znudzić.

No ale jak jak wiadomo, mimo uwielbienia jakim darzę ten gatunek filmu, zdarzają mu się wzloty i upadki, i przejścia bez echa.

I o takim właśnie, kompletnie niezasłużonym moim zdaniem przejściu bez echa, chciałam dziś opowiedzieć.

„Cześć. Mam na imię Doris” na ekrany amerykańskich kin trafił już w 2015 roku. Niestety polskiej premiery chyba się nie doczekamy. A szkoda. Ale o co chodzi?

Jest taki słynny film, którego nigdy nie widziałam (przyznaję się bez bicia) o starszej kobiecie uwodzącej młodszego mężczyznę. Oczywiście chodzi o „Absolwenta” :)

Film obrósł już legendą, a „Pani Robinson” stała się popkulturowym archetypem.

Tutaj też mamy do czynienia z „Panią Robinson”, jednak w nieco innym wydaniu.

Film rozpoczyna się sceną pogrzebu matki głównej bohaterki, sześćdziesięcioletniej Doris, pracownicy działu księgowości, która całe swe życie podporządkowała opiece nad nią.

Kiedy poznajemy Doris, widzimy, że jest ona nic nie znaczącym trybikiem w maszynie, pozostawionym po przejęciu firmy przez młodszych prezesów.

My name is Doris

Pomimo tego, że jest ona tylko figurką, którą, jak się wydaje jej szefom, bardzo łatwo przestawić, mimo że nawet najbliższa rodzina uważa ją za nieszkodliwą wariatkę, którą chce na siłę „wyprostować”, czemu służyć mają m.in. seanse u psychoterapeuty, które tak naprawdę mają przekonać Doris do sprzedaży jej domu wraz ze wszystkimi pamiątkami, które razem z matką gromadziły przez całe życie, to ma ona swoich przyjaciół, na których może liczyć w każdej chwili.

My name is Doris

I w tym momencie pojawia się On. Młody, przystojny, inteligentny, bogaty. Uczucie spada na Doris jak grom z jasnego nieba.

My name is Doris

Żyjąca do tej pory na uboczu Doris, stara się robić wszystko by być jak najbliżej swego ukochanego. Z zapałem słucha porad trzynastoletniej wnuczki swojej najlepszej przyjaciółki, która o nowoczesnych związkach wie wszystko ;)

My name is Doris

I chcąc nie chcąc życie starszej pani nabiera zupełnie innych barw. Otwiera się na świat, wychodzi do ludzi. Nareszcie bawi się tak, jak chyba nigdy przez całe życie.

My name is Doris

I mimo że nietrudno się domyślić, że uczucie to nigdy nie zostanie spełnione, to jednak kibicujemy Doris z całych sił, bo widzimy, że w tym momencie, w którym wydawać by się mogło, ośmiesza się przed wszystkimi, jest tak na prawdę szczęśliwa. I to prawdopodobnie tak szczęśliwa jak nigdy w swoim życiu.

Nie ma co ukrywać, że największa w tym zasługa Sally Field.

Zdobywczyni dwóch Oscarów i jednocześnie właścicielka jednego z najsympatyczniejszych uśmiechów na świecie, lekko i z gracją wciela się w rolę starszej pani zakochanej niczym nastolatka.

I chociaż od początku widzimy, że Doris wszystkie wyrazy uprzejmości i dobrego wychowania swojego ukochanego, filtrowane przez nastoletnią wnuczkę przyjaciółki odbiera jako wyraz miłości, to cały czas mamy nadzieję, że wszystko ułoży się dla Doris pomyślnie. Że będzie szczęśliwa.

Nie będę tego przedłużać. Film ogląda się bardzo sympatycznie. Mimo że jest tylko (a może aż?) zwykła komedią romantyczną, to dzięki grze Sally Field, na której barkach spoczywa praktycznie cały film, trzyma w ciągłym napięciu i nie pozwala (przynajmniej mnie) oderwać się od ekranu.

Także polecam go gorąco na nadchodzące długie, zimowe wieczory, obowiązkowo z kubkiem dobrej herbaty.

A korzystając jeszcze raz z okazji, że to już ostatni wpis w tym 2016 roku, chciałam wam wszystkim życzyć, aby w przyszłym, 2017 roku, wszystkie wasze potknięcia przysparzały wam jedynie sympatii otoczenia i aby zawsze wywoływały one na waszych twarzach sympatyczny uśmiech :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>