Jak bardzo mi żal…

Długo zastanawiałam się czy w ogóle o tym napisać.

Wiadomo. Pewne sprawy powinno zachować się dla siebie. Szczególnie takie prywatne, dotyczące bliskich osób.

Ale jeśli historia jest bardzo ciekawa i istnieje spore prawdopodobieństwo, że jeśli nikomu się jej nie opowie, to ona tak zwyczajnie zniknie? I nikt się o niej nie dowie?

No dobrze. To będzie prywatna sprawa, prywatnie bardzo ciekawa historia i prywata Korpohumanistki. A co! ;)

Niedawno straciłam babcię. Umarła w 92 roku życia, a więc w wieku bardzo zacnym.

Do końca swoich dni rozstawiała ludzi po kątach. Niestety chyba w szpitalu paniom pielęgniarkom się to nie spodobało… Ale nie czas teraz na tę historię.

Moja babcia przeżyła 92 lata w bardzo dobrym zdrowiu.

Niestety kilka lat temu złamała kość udową i w związku z tym bała się już samodzielnie wychodzić na zewnątrz.

Ot taka, Bardzo Miła Starsza Pani z Drugiego Piętra. Dla nieznajomych. Niestety przed najbliższymi pokazywała zupełnie inną twarz.

Do tej pory pieszczotliwie nazywam ją „mocherkiem”, bo była osobą głęboko praktykującą i raczej w związku z tym nie wierzącą.

Do dziś mam ochotę jej wypominać, jak można było zmusić 12-letnie dziecko do przeczytania całego Starego Testamentu, kiedy samemu w ogóle nie miało się pojęcia o Piśmie Świętym.

No tak. Bo moja babcia mnie do tego zmusiła. Pewnie zrobiła to zupełnie nieświadomie. Wątpię czy gdyby wiedziała, że tam gwałcili, palili i mordowali, uznałaby tę lekturę za właściwą dla 12-letniej dziewczynki. No, ale ponieważ z tego korzystają w Kościele, to na pewno nic zdrożnego tam być nie może.

Z drugiej strony, kiedy Pismem Świętym zainteresowała się moja mama i zaczęła kiedyś babci (czyli swojej teściowej) wykazywać, że kompletnie nie ma pojęcia, co tam jest napisane, babcia zaczęła się usprawiedliwiać, że to na pewno jakieś współczesne przekłady, bo ją w szkole inaczej uczono. No cóż…

Mojej babci nie podobało się wiele rzeczy w naszym życiu, bo za jej czasów wszystko wyglądało inaczej.

Czyli jak?

Urodziła się 22 listopada 1923 roku w, wtedy jeszcze, Hajdukach Wielkich, które, jak pisałam w jednym z pierwszych tekstów, dopiero w 1939 roku, czyli na krótko przed wybuchem drugiej wojny światowej, stały się dzielnicą Chorzowa.

Cały tekst o Chorzowie Batorym znajdziecie tutaj.

Praktycznie całe swoje życie spędziła na ulicy Hutniczej. Zmieniała tylko piętra budynku, bo bardzo nie chciała mieszkać na parterze.

Do szkoły chodziła nieopodal, na ulicy Farnej, która wtedy, w latach 30, była świeżo wybudowaną Ośmioklasową Publiczną Szkołą Powszechną im. Marszałka Piłsudskiego w Hajdukach Wielkich. I kiedy czasami zdarzało jej się tam zajrzeć, żeby powspominać stare, szkolne czasy, zawsze przychodziła do nas z wieściami, jak bardzo jest to teraz zrujnowana szkoła. Bo przecież wtedy dopiero ją wybudowano. I ona po korytarzach chodziła w papciach.

Teraz, jak zapewne nietrudno się domyślić, jest to budynek Gimnazjum Nr 7 w Chorzowie.

Właśnie oglądam jej świadectwo zakończenia szkoły. Zabawne że takie szpargały się do dziś zachowały. Z drugiej strony, jaki to musiał być dobry papier, skoro do dziś tylko troszeczkę zżółknął.

Świadectwo z góry na dół, za wyjątkiem śpiewu i robót kobiecych, z których babcia uzyskała wynik bardzo dobry, dobre.

Nawet z rachunków z geometrją  (pisownia oryginalna ;) ), chociaż zawsze powtarzała, że dla niej największym koszmarem były sny, w których znowu była uczennicą w klasie i miała za zadanie obliczyć kiedy dwa pociągi się ze sobą miną ;)

W ogóle była oczkiem w głowie swoich rodziców. Miała dwóch starszych braci. Jeden był starszy o osiem lat, a drugi o jedenaście. Nie ma się więc co dziwić, że wszyscy ją rozpieszczali.

Podobno tata mojej babci chciał ją koniecznie wysłać na pensję. Do takiej szkoły z pensjonatem dla panien. Nie wiem czy w latach 30 jeszcze takie szkoły istniały, czy moja babcia chciała nam jak zawsze tym zaimponować, ale niestety marzenie jej taty nie ziściło się, gdyż zmarł on jeszcze przed wybuchem wojny w 1939 roku. Moja babcia miała wtedy 16 lat.

Była zatem w wieku, w którym wysyłano już ludzi na roboty przymusowe. Z jej opowiadań wiem, że dostała pracę dziewczyny do posług, przy czym jej główne zajęcie polegało na zmywaniu naczyń, z czego, jak twierdziła, nabawiła się w bardzo wczesnym wieku reumatyzmu.

W końcu przez brata dostała pracę stenotypistki. I tam poznała swojego przyszłego męża. Ale za to w jaki sposób.

Podobno przyniosła do biura swoje zdjęcia legitymacyjne i przez przypadek znalazł się tam kolego mojego dziadka, który babci jedno zdjęcie ukradł. Kilka dni później pochwalił się przed kolegami (w tym przed moim dziadkiem), że to niby jego nowa dziewczyna.

A że zdjęcie nowej dziewczyny kolegi przypadło dziadkowi bardzo do gustu, postanowił się z nią umówić.

No ale przecież nie było wtedy internetu, telefonów komórkowych ani nawet stacjonarnych prywatnych. A przynajmniej nie w domach moich dziadków. Zatem dziadek musiał zadzwonić do biura, w którym pracowała wtedy moja babcia. Miała wtedy 19 lat.

I podobno na każdym kroku zaznaczała, że jej wcale nie zależy. I podobno bardzo się to spodobało mojemu dziadkowi :P

W końcu się dogadali, tylko że w tym czasie mój dziadek został wcielony do wojska. Nie widzieli się przez kilka lat.

Po jego powrocie w 1946 roku wzięli ślub. I od tej pory byli już nierozłączni.

Bardzo żałuję, że nie poznałam mojego dziadka, gdyż umarł, kiedy miałam niecałe dwa lata. A powiem szczerze, że pewnie był świadkiem, prawdziwym świadkiem prawdziwej historii.

Do tej pory krążą historie na temat czasów spędzonych przez niego w wojsku. Niemieckim wojsku. Do którego został wcielony po tym, jak jego ojciec, z racji tego że był powstańcem śląskim, został wywieziony do Oświęcimia.

No ale nie o tym miało być.

Miało być o tym, że moja babcia przez całe życie była uczona, że mężczyzna idzie do pracy, a kobieta ma siedzieć w domu. I uznawała to za rzecz normalną, że jej mąż wydziela jej pieniądze, którymi ma gospodarować tak, żeby na wszystko starczało. I nie pozwala jej iść do pracy.

Babci było tak wygodnie. Wtedy były w ogóle inne czasy. Wszystko było obowiązkiem.

Módl się i pracuj. W wolnym przekładzie, królowi oddawaj to co królewskie, a bogowi to co boskie. Dla siebie nie możesz mieć nic. Albo też Kinder, Küche, Kirche.

Strasznie jest mi przykro, że babcia nie potrafiła abo też nie chciała zrozumieć obecnych czasów, w których kobieta jest istotą w pełni niezależną (przynajmniej teoretycznie, gdyż głęboko zakorzenionych stereotypów kulturowych, które już dawno temu powinny być wyplewione, nie liczę).

Do końca żałowała, że przez tę diosecką wojnę ominęło ją tyle zabaw. Że musiała zaraz iść do pracy. Może też żałowała, że tak szybko wyszła za mąż. No ale wtedy to przecież było takie normalne.

Kiedy tak szłam za trumną i słyszałam trąbki w marszach żałobnych, jakoś tak mi się te jej słowa o tych zabawach, na których jej nie było, przypominały.

I robiło mi się jeszcze bardziej przykro, bo wiedziałam, że mimo tego, że cały czas utrzymywała, jak wspaniałe miała życie, to jednak wiem że jej tego bardzo brakowało.

I kto wie? Może zamiast tym „mocherkiem” nazywałabym ją teraz „postrzeloną wariatką”?

Szkoda, że już nigdy się tego nie dowiem

 

1946 r.

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>