Wiedeń kebabem pachnący…

Z czym kojarzy się wam Wiedeń?

Z zapachem kawy unoszącym się w powietrzu? Z maksymalnie czekoladowym ( i maksymalnie też chyba przereklamowanym) tortem Sachera?

A może z nieszczęśliwą w małżeństwie cesarzową Sissi? Czy też może z letnią rezydencją Habsburgów, Pałacem Schönbrunn?

A nie czasem z pięknym, modrym Dunajem i Straussem ojcem i synem? A może w ogóle z corocznym koncertem noworocznym?

Bo mnie na przykład Wiedeń kojarzy się przede wszystkim z prawdziwą śmietankową, dziewiętnastowieczną bitwą na torty przy dźwiękach Offenbacha.

Tak już mam. Myślę – Wiedeń – słyszę „Piekielny galop” (czy też pierwszy, najlepszy i najsłynniejszy kankan), widzę eleganckie dziewiętnastowieczne towarzystwo w jakimś wytwornym pałacu i w strojach z epoki, obrzucające się tortami.

Tak mi się to właśnie kojarzy. Całkiem możliwe, że to przez Marie Antoinette. Nie wiem czy wielu ludzi uświadamia sobie, że symbol francuskiego przepychu, ostatnia francuska królowa, skazana na szafot Maria Antonina, był rodowitą Austriaczką.

Tak się składa, że wiele symboli Francji ma z Austrią zadziwiająco dużo wspólnego. Na przykład takie Moulin Rouge. Z czego słynie Moulin Rouge? Ano z kankana. A kto jest twórcą najsłynniejszego kankana? Offenbach. A kim był Offenbach? Francuzem. A gdzie się urodził? W Kolonii…

Tak więc Offenbach był z pochodzenia Niemcem, Marie Antoinette była Austriaczką i Sissi też była Austriaczką.

Chociaż pewnie w świadomości wielu ma ona twarz Romy Schneider, która mimo tego, że była bardzo popularną francuską aktorką, w rzeczywistości była rodowitą Austriaczką.

Cóż więc takiego ten Wiedeń w sobie ma, że praktycznie wszystkie symbole Francji prowadzą do niego?

Pierwszy raz zawitałam do Wiednia w sierpniu 2009 roku, w podróży powrotnej z Chorwacji. Była to wycieczka zorganizowana, objazdowa i zostało nam wszystkim po 5 EUR w kieszeni. W związku z tym nasza pani pilot zaproponowała krótki nocny spacer po Wiedniu.

Trał on niewiele ponad godzinę i faktycznie niewiele wtedy zobaczyłam. W pamięci natomiast utkwiła podświetlona (nie wiem dlaczego teraz to się zmieniło) Katedra Świętego Szczepana i spalarnia śmieci zaprojektowana przez samego Hundertwassera.

Kiedy przejeżdżaliśmy autokarem koło spalarni była głęboka noc. Więc jakoś specjalnie nie rzuciła mi się w oczy. I gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że będę ją kiedyś codziennie mijać w drodze do pracy, wyśmiałabym go. No cóż. Są takie rzeczy na niebie i ziemi, o których nie śniło się waszym filozofom…

No ale wracając do katedry… Nie lubię kościołów. Tak jak nie przepadam za zabytkami sakralnymi. Jest jednak kilka takich budowli, w tym pewien gotycki kościół we Florencji i Skałka w Krakowie, w których czuje się tę charakterystyczną dla kościołów atmosferę skupienia, wyciszenia i czegoś takiego nieokreślonego (boskiego?).

Do takich właśnie obiektów, moim zdaniem, należy również Katedra Świętego Szczepana w Wiedniu.

Katedra Świętego Szczepana Katedra Świętego Szczepana Katedra Świętego Szczepana

Ten właściwie ekspresowy przejazd autokarem przez centrum Wiednia obejmował również słynny Ring. I, mimo że sam Hofburg był wtedy również jednym z punktów programu, jakoś niespecjalnie utkwił mi w pamięci.

Moja druga wizyta w Wiedniu wiązała się już z docelową i zorganizowaną wycieczką do tego miasta.

Wyjechaliśmy z Polski w nocy żeby około godziny ósmej wylądować na wzgórzu Kahlenberg i potem przez cały dzień zwiedzać miasto. Następnej nocy wracaliśmy do Polski.

No i znowu wylądowaliśmy pod ta samą katedrą, znowu przemknęliśmy przez Hofburg, czyli zimową rezydencję Habsburgów, ale tym razem wreszcie odwiedziłam tę słynniejszą, letnią rezydencję Habsburgów, czyli Schönbrunn, z jej francuskim (sic! – wszyscy wiedzą o kim mówię ;-) ) ogrodem.

 

Schönbrunn

Nie mogłam uwierzyć, kiedy usłyszałam, że przejście od pałacu do Glorietty zajmuje około pół godziny. Nie mogłam nie sprawdzić. Musiałam przekonać się na własnej skórze. I faktycznie. Tak właśnie jest.

Z podróży tej zapamiętałam również Dom Hundertwassera, z najdroższą toaletą do w moim życiu.

No ale sami powiedzcie. Nie było warto przekonać się, jak legendarny architekt zaprojektował kibelek?

Hunderwasser

Podobno w domu tym znajduje się 50 mieszkań zamieszkanych przez osoby prywatne. Ciekawe jak to jest budzić się codziennie w takim domku z bajki :)

Przez sam Hofburg również i tym razem jakoś tak zwyczajnie przemknęliśmy. W końcu stare miasto w Wiedniu, to przede wszystkim secesja w najlepszym wydaniu. A kiedy jest jej tak dużo i to w jednym miejscu, staje się ona czymś zupełnie zwyczajnym. Dopiero z dala zauważa się jej wyjątkowość

Wiedeń Wiedeń Wiedeń Wiedeń

Niestety turyści nie uświadczą tu wąskich, średniowiecznych uliczek, gdyż historyczne centrum Wiednia wyburzone zostało w 1857 roku, by zrobić miejsce właśnie dla słynnego Ringu.

No i zapomniałabym o jeszcze jednym ważnym skojarzeniu z Wiedniem. John Irving. Pisarz przebywał tu na stypendium i miasto to musiało wywrzeć na nim niemałe wrażenie, skoro akcja praktycznie każdej z jego książek musi przenieść się choć na chwilę właśnie tutaj. Garp przybywa tu na stypendium, podczas którego jego matka pisze swą słynną autobiografię. To tutaj znajduje się drugi Hotel New Hampshire, w którym mają miejsce najbardziej dramatyczne wydarzenia w książce o tym samym tytule.

Mój kolejny pobyt w Wiedniu, wiąże się z pracą. Tak. Raz w życiu poczułam się jak John Irving, gdyż moja praca w tym mieście również polegała na pisaniu. Niestety nie książki, a instrukcji obsługi programu SAP.

No cóż. Na studiach zawsze powtarzałam, że literatura użytkowa ma przyszłość. Skąd mogłam wiedzieć, że moje słowa (jak zresztą zawsze :P ) sprawdzą się w takim właśnie kontekście.

Mieszkałam tu co prawda tylko dwa tygodnie i właśnie wtedy codziennie w drodze do biura mijałam tę słynną spalarnię śmieci, którą pomyliłam wtedy niestety z domem Hundertwassera, przez co z pewnością wywołałam rozbawienie, wśród ówczesnych klientów, rodowitych Wiedeńczyków.

Nie wyprowadzali mnie jednak z błędu. No cóż. Człowiek musi uczyć się na własnych błędach.

W pracy byłam wtedy praktycznie 24 godziny na dobę, ale, stwierdziłam, przynajmniej godzinny spacer dla zachowania jako takiej formy muszę sobie jednak zrobić.

Najbliżej miałam z mojego hotelu do Hofburga właśnie i jego ogrodów.

I tym sposobem spojrzałam na ten pałac trochę innymi oczami.

Przede wszystkim zaskoczyła mnie wtedy monumentalność Placu Marii Teresy. Być może stało się tak dlatego, że po raz pierwszy oglądałam to wszystko w świetle dziennym ;)

Hofburg Hofburg Hofburd HofburfMimo nawału pracy zdążyłam wtedy jednak zwiedzić komnaty Schönbrunnu (najciekawsze wątki to makatki Marii Teresy i jej córek na ścianach pałacu – jednak ta rodzina cesarska to nie było takie „ą” „ę” –  no i oczywiście wątek Franciszka Józefa, który po śmierci wyznawał, jak bardzo był przywiązany do swojej żony, w przeciwieństwie do cesarzowej Elżbiety, z której listów jasno wynikało, że nigdy nie kochała ona swojego męża i była bardzo nieszczęśliwa w małżeństwie).

Postanowiłam wtedy jednak, że podczas następnej wizyty nastawiam się już konkretnie na Hofburg i podziwianie prywatnych komnat Sissi właśnie.

Jakież jednak było moje zdziwienie, kiedy dwa lata później znowu wylądowałam w Wiedniu, tym razem na nocy muzeów i okazało się, że komnaty Schönbrunnu i Hofburga nie biorą udziału w imprezie.

No cóż. Na szczęście można było pozwiedzać skarbiec Habsburgów. I jeszcze zimowy pałac księcia Eugeniusza Sabaudzkiego. Zawsze to też jakiś pałac. Jakaż ja głupia byłam, myśląc, że wszystko to zdążę zobaczyć w jedną noc.

No ale mniejsza z tym. Na początek wybraliśmy jednak inny pałac. Belweder księcia Eugeniusza Sabaudzkiego.

Belweder Belweder Belweder

I Klimta rzecz jasna. Przede wszystkim Klimta. Całą noc w ogóle można zatytułować „W pogoni za Klimtem”. Gustawem rzecz jasna. I za jego pocałunkiem.

„Pocałunek” Gustawa Klimta jest chyba najczęściej reprodukowanym obrazem ostatnich lat. Jest wszędzie. Otwieram lodówkę, a tam Gustaw Klimt. Wydawać by się więc mogło, że oglądanie tego obrazu w oryginale nie będzie niczym ciekawym.

Tymczasem jednak zupełnie nieświadoma byłam faktu, że przecież artysta do malowania obrazu używał płatków złota. Tak więc w rzeczywistości wcale nie jest on brudno-żółto-brązowy, jak to wygląda na reprodukcjach, a zwyczajnie mieni się złotem i srebrem, co zdecydowanie wpływa na jego walory estetyczne.

Uczciwie przyznaję, że plastyka nie jest moją ulubioną formą sztuki, ale „Pocałunek” Gustawa Klimta sprawił, że na moment zaniemówiłam. No i nie mogę ukrywać, że moje doznania na widok kolejnej reprodukcji, która jest jak by nie było tylko marnym odbiciem oryginału, również uległy zmianie.

800px-Gustav_Klimt_016

Co prawda oniemieć miałam jeszcze kilkakrotnie tego wieczoru. A to za sprawą pewnych składzików.

Muzeum Historii Sztuki i Muzeum Historii Naturalnej to dwa bliźniacze budynki stojące obok siebie w obrębie Ringu i, mimo że wybudował je cesarz Franciszek Józef z myślą o udostępnianiu swoich zbiorów, to nie sposób oprzeć się wrażeniu, że to takie składziki na rzeczy, które kiedyś tam mogą się przydać, bo w chwili obecnej nie bardzo wiadomo, co z nimi zrobić.

Nie zmienia tego nawet fakt, że jest to jedna z największych kolekcji sztuki na świecie i że to bardzo piękny pomysł udostępnić je plebsowi, żeby mógł sobie pooglądać nasze skarby.

Nie zmienia to też faktu, że Austro- Węgry w czasach Franciszka Józefa były jednym z największych państw na świecie. Ciągnęły się od Polski, przez Węgry, zahaczając po drodze o Włochy, aż do Chorwacji i Serbii.

Najbardziej zastanawiał nas ważący prawie tonę kryształ soli, wydobyty w Wieliczce, która, jak informowała tabliczka informacyjna, leżała w Galicji i że był on prezentem austriackiego ministerstwa finansów dla Franciszka Józefa. Jakoś kustoszom umknął fakt, że przecież niegdysiejsza Galicja to obecna Polska. Oj nieładnie, nieładnie ;)

Ale mimo tego niedociągnięcia (a może raczej zafałszowania) nie tylko ten kryształ soli robi takie wrażenie. Równie ogromne wrażenie wywiera kolosalny ametyst. Tak jak i wszystkie pozostałe minerały, które można podziwiać w gablotach.

No i żywe i poruszające się dinozaury. I egipskie mumie i zastawy stołowe i apteczki (przede wszystkim apteczki) Habsburgów.

No i jeszcze obrazy Bruegla. I Rubensa. I Carravagia. I….

Gdybym miała wymieniać wszystko co zobaczyłam, nie skończyłabym tego wpisu. Wystarczy chyba jeśli wspomnę, że w muzeach tych spędziłam około 6 godzin, a i tak nie zdążyłam zobaczyć wszystkiego co chciałam, gdyż około godziny pierwszej w nocy grzecznie nas wyproszono, gdyż muzeum właśnie zamykano.

No więc skończę ten wpis na jeszcze jednym skojarzeniu. Najlepsza chińszczyzna pod słońcem. I powietrze przesiąknięte zapachem kebabu… Niestety.

Tak więc już niestety nie kawa będzie mi się kojarzyła z tym miastem. Ale z muzeami i sztuką na pewno :)

 

 

2 comments on “Wiedeń kebabem pachnący…

Odpowiedz na „~Kasia DudziakAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>