Mordercy w białych rękawiczkach

Nie wiem czy to ostatnio praca mnie dobija, czy zwyczajnie się wypaliłam, ale zauważyłam jedną bardzo ciekawą rzecz. Ambicja, to morderstwo w białych rękawiczkach.

Na rynku można znaleźć mnóstwo poradników z serii jak wyjść ze swojej strefy komfortu, jak przeszkody przekuwać w sukcesy, jak być bardziej komunikatywnym, asertywnym, elastycznym i takie tam inne pierdoły.

Problem w tym, że bycie bardziej komunikatywnym, asertywnym, elastycznym wcale nie służy rozwojowi naszej kariery, tylko temu że ktoś, bardzo sprytnie zresztą, goni nas do pracy.

Wiadomo. Mamy metodę kija i marchewki. Czym w takim razie jest pobudzanie ambicji pracownika? Kijem czy marchewką?

Spójrzmy na to z innej strony. Człowiek sukcesu, to człowiek czynu. To człowiek pracy. Ciągle się nam wmawia, że tylko tytani pracy mogą się wybić ponad innych i tylko oni, żyjący tylko i wyłącznie pracą są w stanie zapewnić sobie bezpieczny byt.

Przypomina mi się taka pozytywistyczna nowelka Henryka Sienkiewicza (nienawidzę pozytywistycznych nowelek, którymi za moich czasów dzieci katowane były w pierwszych klasach podstawówki; nie rozumiem jakim sadystą musiał być człowiek, który utwory, których kontekst wyjaśniany był dopiero jakieś dziesięć lat później, kazał to czytać małym dzieciom do poduszki) „Z pamiętnika poznańskiego nauczyciela”, którego bohaterem jest mały chłopiec pragnący zdobyć uznanie swoich nauczycieli dobrymi ocenami.

Chłopiec bezmyślnie „wkuwa na pamięć” łacinę, która i tak nigdy w życiu ma mu się nie przydać. Ale ponieważ zadaniem nauczyciela jest wytykanie uczniom błędów, dzięki czemu, jak sądzą, uczeń osiągnie doskonałość, a chłopiec też się bardzo stresuje, ciągle wytykają mu nieprawidłowości.

Bohater nowelki jest bardzo ambitny i, jak już wcześniej pisałam, bardzo zależy mu na ocenach, „zakuwa” zadany materiał, by w ten sposób osiągnąć tę wymarzoną doskonałość.

Niestety nowelka (tak jak zresztą wszystkie nowelki pozytywistyczne, które moim zdaniem dozwolone powinny być dopiero od osiemnastego roku życia) kończy się tragicznie, gdyż chłopiec, niebezpiecznie przeciążając umysł, doprowadza się w ten sposób do zapalenia mózgu i w końcu umiera.

Tak ambicja go zabija

Jak zwykle T.Love jest tu co najmniej nie na miejscu :P

Ktoś mi kiedyś powiedział, że reggae to taka pozytywna muzyka. No cóż. Był to zwyczajnie ktoś, kto nie miał pojęcia o źródłach tej muzyki.

Wystarczy bowiem obejrzeć pierwszy z brzegu dokument o Bobie Marleyu, by się przekonać, że ostatnią rzeczą jaką można powiedzieć o jego piosenkach jest to, że są one pozytywne (zresztą do tej pory zastanawiam się, jak faceta który zdradził swoją żonę, napisał piosenkę swojej kochance i kazał swojej żonie w chórkach śpiewać o tym jaka ta jego kochanka jest doskonała, można było uznać za symbol wyluzowania – sorry dla mnie to już jest objaw zwykłej dewiacji).

Przypomina mi się taka scena z jednego z filmów o Bobie Marleyu, w której pewien dziennikarz, pyta Marleya o coś dla niego bardzo niewygodnego (nie pamiętam już co to było, ale pamiętam że pytanie to obnażało taki całkiem niewyluzowany obraz Marleya), a on oczywiście jak zwykle śpiewał tę swoją starą śpiewkę o tym, że nie możesz się poddać, musisz walczyć o swoje, bo źli ludzie chcą Cię wykorzystać. Nie miało to żadnego związku z pytaniem, ale była to taka odpowiedź-wytrych, na każde niewygodne pytanie, bo przecież Bob Marley zawsze śpiewał o wyzwoleniu z mentalnej niewoli, ponieważ wszystko co było dla niego niewygodne, było zawsze „mental slavery”.

No ale nie o tym miało być. Żeby było śmieszniej, to zamiast Boba Marleya z głośników dochodzą mnie właśnie dźwięki T. Love. Nieeee. Wcale nie ma to związku z tym że Zygmunt Staszczyk jest magistrem filologii polskiej :D

W każdym razie chciałam tylko powiedzieć, że moim skromnym, korporacyjnym zdaniem, właśnie to wychodzenie ze swojej strefy komfortu, pokonywanie trudności (oczywiście mówię cały czas o pracy), bycie elastycznym w stosunku do żądań klienta (no bo przecież musimy być elastyczni – klient zawsze ma rację), to właśnie jest ta mental slavery.

To przycinanie ludzi do wykresów w statystykach pokazujących ich produktywność (przepraszam, ale zawsze wydawało mi się, że „człowiek”  i „produktywność” jakoś się tak wzajemnie wykluczają).

Może ma to też związek z tym, że kiedyś pracowałam jako samodzielna księgowa i rozliczana byłam tylko z terminów wyznaczonych przepisami prawa, a nie czyichś „widzimisię”, że teraz wszystkie jakieś wykresy, tabelki i wszelkie inne statystyki, mające zbadać jak bardzo jestem produktywnym pracownikiem czy też jakieś inne tam kaizeny, które niby mają pomóc nam stać się bardziej doskonałym, a tak naprawdę wskazują tylko przełożonym, w którym miejscu mogą nas ugryźć, wcale do mnie nie przemawiają.

Nic nie utrudnia mi tak życia, jak jakieś cele roczne, które niby mają wytyczać cele, do których dążę w obrębie mojej organizacji, a które tak na dobrą sprawę coraz bardziej oddalają mnie od istoty moich obowiązków.

No ale wiecie. Gdzieś trzeba upchać tych wszystkich specjalistów od zarządzania, którzy nigdy w życiu nie spędzili nawet minuty nad istotą rzeczy a jedynie obserwowali prawdziwe życie gdzieś z boku i zastanawiali się jak to życie (oczywiście cudze życie, bo przecież nie swoje) ulepszyć.

Dobra zmęczona już trochę jestem. Więc kończę tę wypowiedź, która nie ma większego sensu najsłynniejszą piosenkę o „mental slavery”, jaka kiedykolwiek została napisana przez człowieka kompletnie „mental demented”, któremu i tak się pewnie zawsze wydawało, że jest przecież „mental free” ;)

 

Dobranoc :)

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>