Nie ma to jak staroświecki romans…

Tak. W ikonie opisu znajduje się plakat „Przeminęło z wiatrem”. Romansu wszech czasów, który, o dziwo, nigdy nie został ponownie zekranizowany. Pewnie dlatego, że nikt nie jest w stanie wyobrazić sobie, że Scarlert O’Hara mogłaby mieć inną twarz niż ta należąca do Vivien Leigh albo żeby aparycja pogańskiego księcia Rhetta Buttlera, należąca do Clarka Gable, magła zostać zastąpiona przez kogokolwiek innego.

Będzie jednak o innych romansach  ;)

Zawsze mnie wzrusza ta piosenka. Jakie to wszystko kiedyś było proste.

„Pójdę do kina z Wackiem lub Wickiem,

Z Jackiem zatańczę twista.

Jurek ma także oczy niebrzydkie, skoczę więc z nim na przystań.

Maciek zaprosił mnie do teatru,

Wojtek na rurki z kremem”

Za każdym razem, kiedy słyszę te słowa, przypomina mi się opowiadanie mojej ciotki, jak to wujek ją zdobywał, jak zapraszał ją na ciastka, na lody. Jak w pracy podrzucał jej czekolady. I mimo że brzmi to bardzo zabawnie albo przynajmniej brzmiało jakiś czas temu, kiedy moja siostra skomentowała to „No tak. Kiedyś to się pytało masz ochotę na rurkę z kremem czy na lody, a teraz tylko z sokiem czy bez?” (oczywiście chodzi o piwo ;) ), to jednak chciałoby się czasami tak wrócić do czasów, kiedy wszystko wydawało się takie niewinne.

Jakoś tak ostatnio wpadają mi w ręce albo też raczej wpadł najpierw „Brooklyn”, potem „Z dala od zgiełku”, a potem jeszcze zaczęły mi się przypominać romanse, którymi się kiedyś zaczytywałam. Bo kiedyś czytanie „Przeminęło z wiatrem” na zmianę z „Światem według Garpa” i „Wilkiem stepowym” nie stanowiło dla mnie żadnego problemu.

No ale wróćmy do samego filmu Johna Crowleya. Jak napisano w opisie, młoda Irlandka opuszcza rodzinne miasteczko, w którym nie znalazło się miejsce dla jej przyszłości i z pomocą siostry i zaprzyjaźnionego księdza wyrusza w podróż do Stanów Zjednoczonych, gdzie ląduje na Brooklynie.

Brooklyn

Tam z pomocą przyjaznych ludzi zdobywa pracę, wykształcenie, przyjaciół i w końcu tego jednego, jedynego, wyśnionego, który właśnie zaprasza ją na lody i do kina. I mimo że jest pełnokrwistym Włochem spokojnie i cierpliwie zdobywa Eilis.

Ale moim zdaniem to jednak rozmowy dziewcząt zamieszkujących pensjonat panny Kehoe o randkach, potańcówkach i najświeższych ploteczkach stanowią oś wokół której kręci się akcja filmu.

No i ta moda z lat pięćdziesiątych, czyli kolorowe, rozkloszowane sukienki, obowiązkowa czerwona szminka na ustach i eyeliner na powiekach. Do tego jeszcze rock&roll tańczony w parach, a właściwie jego początki, kiedy nikt nie wiedział jaki będzie miał wpływ na muzykę w następnych latach. Czyli wszystko takie jeszcze niepewne, niewinne, urocze wręcz.

Chciałoby się zanurzyć w ten świat pełen jeszcze nadziei na to co przyniesie przyszłość. I tak jak główna bohaterka, z „brzydkiego kaczątka” przeistoczyć się w pewną siebie kobietę.

Tym razem jednak bajka o Kopciuszku nie ziściła się do końca. „Księżniczka” mając do wyboru archetypowego „księcia” i „żebraka”, odrzuca „księcia” i wybiera „żebraka”, który wybrał ją spośród wszystkich „księżniczek” na balu, w czasach kiedy była ona jeszcze „brzydkim kaczątkiem”.

Nie jest to tak do końca opowieść o tym, jak to pewne ubogie dziewczę zostaje wynagrodzone za swoją pokorę, cierpliwość i dobre serce. Jest to raczej film o tym jak zmiana otoczenia wpływa na postrzeganie ludzi przez innych i przez siebie samych.

No i oczywiście jeszcze ten uroczy koloryt Brooklynu w latach pięćdziesiątych… Rozmarzyłam się :)

Kolejnym staroświeckim romansem który wpadł mi ostatnio w ręce była ekranizacja powieści Thomasa Hardy’ego „Z dala od zgiełku” i jakoś tak naturalnie nasunęło mi się tu porównanie z „Portretem damy” Henry’ego Jamesa.

Z dala od zgiełkuPortret damy

Główne podobieństwo między obiema bohaterkami to ich młodość, ciekawość świata i oczekiwanie na tego jednego, jedynego, który ujarzmi ich niezależność.

W dziewiętnastym wieku, a już szczególnie w Anglii, relacje między ludźmi były bardzo skonwencjonalizowane i zhierarchizowane. I jakiekolwiek wyjście poza ściśle ustaloną konwencję, narażało na społeczny ostracyzm.

Bohaterki obu książek wydają się jednak na tyle niezależne, że jakaś zwykła konwencja nie stanie im na drodze. Niestety tak się nie dzieje.

Ciekawą świata Amerykankę z powieści Henry’ego Jamesa pociąga właśnie owa skonwencjonalizowana hierarchia, która wydaje jej się esencją wykwintu. W związku z tym odrzuca ona oświadczyny kilku zalotników, by wybrać tego najgorszego, pozornie jednak najwytworniejszego.

Znowu jednak Bathsheba Everdene, która najpierw odrzuca oświadczyny skromnego, zakochanego w niej pastucha, a potem bogatego właściciela ziemskiego, zgadza się zostać żoną porywczego żołnierza, zakochanego jednak w innego kobiecie i, jak potem zwierza się przyjacielowi, „Gdzieś między zazdrością, a nieuwagą wychodzi za mąż”.

I w pierwszym i w drugim przypadku, panie odrzucają kilku „uczciwych”, „porządnych” i zwyczajnie „fajnych” konkurentów, by wybrać życie z tajemniczym mężczyzną, którego nie są w stanie rozgryźć. I to jest dla nich tak bardzo właśnie pociągające. No i przede wszystkim takiego, który, w przypadku Batsheby, nie pyta o zdanie, tylko bierze ją w ramiona, by wstrząsnąć jej światem i całuje ją do utraty tchu…

Nie będę ukrywać, że dziewiętnasty wiek, kiedy żyło się w dworskich posiadłościach też miał swój urok. Skonwencjonalizowane zachowania były przede wszystkim oznaką dobrego wychowania i towarzyskiej ogłady. Dopóki więc nie stawały na przeszkodzie czyimś ambicjom, nie były znowu takim diabłem jak go malują.

No i te wszystkie piękne stroje i wnętrza, które wymagały iście koronkowej roboty, a które tak cieszą oko przyzwyczajone do współczesnego minimalizmu.

Naprawdę chciałoby się choć na chwilę przenieść w tamte czasy, ale tylko dla ich wizualnej strony, gdyż już nawet oświadczyny, jak widzimy, są jedynie transakcją wymienną.

Panowie przedstawiają wybrance swoją sytuację materialną, przekonują o zabezpieczeniu jej na przyszłość. Nie ma tu mowy o uczuciach ani namiętnościach. Nie dziwi więc sytuacja, kiedy to wydawałoby się spontaniczny i wyzbyty wszelkich konwenansów, ale za to jak całujący, Troy zdobywa serce Batsheby.

Z kolei Isabel, ze wszystkich wpatrzonych w nią mężczyzn, wybiera zimnego i egocentrycznego Osmonda, który wydaje się ziszczeniem jej wyobrażeń o wytworności.

Na szczęście w „Z dala od zgiełku” wszystko się dobrze kończy. Wychodzi antyczny „deus ex machina” i rozwiązuje całą skomplikowaną sytuację, dzięki której Batsheba może poślubić najlepszego, a jednak odrzuconego na początku pastucha, który wieloletnią opieką i przyjaźnią zdobywa serce głównej bohaterki powieści Thomasa Hardy’ego.

Niestety Henry James nie jest już tak wspaniałomyślny dla swojej bohaterki. Kiedy po ślubie główna bohaterka spostrzega jakim hipokrytą jest jej małżonek, nie odchodzi od niego, mimo że znajduje się przyjaciel, który chce jej pomóc w ucieczce.  Wrosła już na tyle w ten świat konwenansów, że ucieczka byłaby dla niej teraz już tylko przyznaniem się do popełnionego błędu.

Bo jak widać, mimo wszystkich konwenansów, to główne bohaterki podejmują decyzje, które kształtują ich życie.

Ale jednak przyznajcie się: kto nie chciałby przeżyć takiego romantycznej przygody odzianej w dziewiętnastowieczny urok? :)

Nawet „Brooklyn” nie ma takiego uroku ;)

 

 

 

2 comments on “Nie ma to jak staroświecki romans…
  1. Dziś niestety wszystko jest za łatwe… Też lubię wracać do retro. Stare filmy Przeminęło z wiatrem, Rzymskie wakacje, nasze stare filmy jak Va bank. Genialne!!! Z pomysłem. Nie to co dzisiaj…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>