Dlaczego denerwują mnie niezrównoważeni awanturnicy, którzy plotą niestworzone bzdury.

Albo inaczej. Dlaczego wkurwiają mnie popierdoleni popierdoleńcy, którzy pierdolą od rzeczy?

Brzmi podobnie? Nie bardzo. A znaczy to samo? Dokładnie :) A jaka jest różnica pomiędzy tymi dwoma zdaniami? No chyba widać to na pierwszy rzut oka. Od drugiego puchną uszy.

Szczerze mówiąc wiele myślałam jak przetłumaczyć wyrażenie „popierdolony popierdoleniec” na oficjalny język polski, a przynajmniej na tę jego bardziej neutralną odmianę. I miałam z tym sporo trudności. Nie tylko dlatego, że częściej posługuję się raczej oficjalnym językiem niż jego rynsztokową formą.

Ostatnio zdarza mi się określić mianem „popierdolony” człowieka raczej ograniczonego niż niezrównoważonego, głównie z tego względu, że moim zdaniem to „niezrównoważenie”, bierze się właśnie z ograniczonego postrzegania świata, najczęściej w barwach czarno-białych, co z kolei prowadzi do niezrównoważenia, które objawia się przy każdym odchyleniu od tejże tonacji.

No ale wróćmy do meritum. Co takiego sprawia, że pomimo tego, że oba te zdania, choć oznaczają dokładnie to samo, to słysząc to drugie, jesteśmy (a przynajmniej ja bywam, bo jak widać, można powiedzieć to samo używając słów z zupełnie innymi kwantyfikatorami) zgorszeni?

Bo są to WULGARYZMY.

Czyli wyrazy powszechnie uważane za wulgarne, prostackie, a zatem takie, których nie powinno się używać w doborowym towarzystwie.

No ale z drugiej strony używając wulgaryzmu, użytkownik języka ukazuje przede wszystkim emocjonalny stosunek do wypowiadanej treści i nawet Freud przecież twierdził (nota bene człowiek, któremu, jak wszyscy pewnie wiedzą, chyba wszystko kojarzyło się z seksem), że człowiek, który jako pierwszy rzucił przekleństwem w człowieka zamiast kamieniem, pchnął cywilizację na zupełnie inne tory. Jak bowiem powszechnie wiadomo, lepiej wyrażać swą złość słowami aniżeli czynami.

Wulgaryzmy

Aczkolwiek wydaje mi się, że  polskie przekleństwa spełniają jednak trochę inną funkcję, niż tylko wyrażanie złości.

Posłużę się tu starym kawałem, który pewnie wszyscy znają, kiedy to Amerykanin, Niemiec i Polak są w muzeum, w którym widzą piękną rzeźbę, obraz czy też coś innego, co wznieca w nich doznania estetyczne.

Amerykanin mówi: „This is wonderful. This is really beautiful”

Niemiec mówi: „Das is wunderbar. Das ist wirklich schön”

A Polak: „O kurwa… Ja pierdolę…”

Co to mówi o naszych, polskich wulgaryzmach? No jakoś nie wyobrażam sobie Amerykanina mówiącego w tej sytuacji „What a fuck” ani też Niemca z jego „Scheiße”.

Natomiast to nasze „Kurwa. Ja pierdolę” może wyrażać zarówno zachwyt, jak i niezadowolenie. Co świadczy o jego polisemii czy też prościej wieloznaczności albo raczej wielofunkcjonalności.

Jeszcze gdzieś indziej wyczytałam o innej różnicy między przekleństwami polskimi a niemieckimi. A mianowicie o ile w języku niemieckim wulgaryzmy wywodzą się przede wszystkim ze sfery odbytu, gdzie „Scheiße” to gówno, „Arschloch” to  dosłownie odbyt czy też „verpiss dich” to dosłownie obsikaj się, w języku polskim związane są głównie ze sferą płciową. „Kurwa”, to inaczej prostytutka, a „pieprzyć”,”jebać”, „pierdolić”, to zwyczajnie wulgarne określenie stosunku płciowego (wiem, czepiam się, angielskie „fuck” wywodzi się z tej samej sfery, chociaż szczerze mówiąc wypowiadanie słowa „fuck” w momencie niezwykłych doznań estetycznych też mi się jakoś gryzie, chociaż czy ja wiem?). W każdym razie wychodzi na to, że dla Polaków jak widać stosunek płciowy to bardzo wulgarna i ordynarna rzecz, skoro to właśnie on jest głównym budulcem słownictwa, że tak powiem, rynsztokowego.

Wulgaryzmyy

Czy do wulgaryzmów można mieć stosunek osobisty? Ano można. A przynajmniej ja takowy posiadam.

Pozwólcie zatem, że zanudzę was kilkoma wspomnieniami z moich nastoletnich lat, kiedy to byłam wzorową uczennicą i żadne „pierdolenie”, „jebanie” ani nawet „zajebiście” nie wydobywało się z moich ust, nie tyle dlatego że budziły one we mnie wstręt.

Po prostu widok spokojnej, nieprzeklinającej na codzień osoby  z „kurwą” na ustach był widokiem raczej zabawnym niż wulgarnym. W związku z czym, gdy zaczynałam przeklinać, już widziałam się okiem ludzi postronnych, wybuchających śmiechem w momencie, kiedy zaczynałam „kurowować”, co od razu powodowało u mnie zniechęcenie do użycia słowa powszechnie uznanego za wulgarne.

Inna sprawa, że jeśli ktoś nie przeklina na codzień, wygląda na raczej spokojną i zrównoważoną osobę, wśród nastolatków wzbudzi prędzej pogardę niż szacunek. Co więc trzeba zrobić? Trzeba takiego kogoś (mówiąc neutralnie) zszokować. Trzeba się zachowywać wulgarnie, żeby kogoś odrzucić i mieć jeszcze świetną zabawę widząc jak ten ktoś nie wie jak zareagować.

Co więc komuś tak nieobytemu z prawdziwym, wulgarnym i ordynarnym światem zostaje? Uodpornienie się nań.

A jak się najprościej uodpornić? Czytając mnóstwo wulgarnych książek.

Że przy okazji trafiłam na wspaniałe lektury, których wrażenia nie zatarły się do dziś, to już inna sprawa.

Bo taki na przykład „Świat według Garpa” czy też „Hotel New Hampshire”, książki w których stężenie przekleństw czy też wulgaryzmów na jedną stronę przekraczało (w moim ówczesnym mniemaniu) wszelkie dopuszczalne normy, nie mówiąc już o wulgarnych opisach, które jednak w tak naturalny sposób łączyły się z partiami niemal poetyckimi (czy ja już pisałam, że nie cierpię prozy poetyckiej, która moim zdaniem jest najbardziej zmanierowanym czy też raczej wymyślonym gatunkiem literackim, jaki ludzkość kiedykolwiek wymyśliła? no więc nie chodzi mi tu o prozę poetycką), że człowiek w ogóle nie czuł jak rynsztokowym słownictwem są one wybrukowane.

hotel New Hampshire Świat według Garpa

Potem przerzuciłam się na Zadie Smith i jej „Białe zęby” , którą z „Hotelem New Hampshire” łączy jedno zasadnicze podobieństwo. W obu książkach bardzo jasno przedstawione są przyczyny narodzin terroryzmu, który nie bierze się nigdy z wyższej idei, a jedynie służy zaspokojeniu najbardziej prymitywnych ludzkich dewiacji. Chociaż to nie jedyne problemy poruszane w tych książkach, w których współczesność przegląda się jak w wykrzywionym nieco zwierciadle.

Białe zęby

No ale miało być o wulgaryzmach. Więc „Świat według Garpa”, w którym padają słowa, że „w życiu jesteś albo czyjąś żoną albo czyjąś dziwką, w przeciwnym razie stajesz się seksualnie podejrzana” i „Gównem nie jest gówno, gównem są gołębie” z „Białych zębów”, stały się moją nową wytyczną w wulgarnym wyrażaniu się.

Zabawne jak dziś to niewinnie brzmi. I choć wydawało mi się, że używając „kurwa” jako przecinka nareszcie przestanę być postrzegana jako niewinne, naiwne dziewczątko,które byle „kurwa” deprymuje (bo nie oszukujmy się, w niektórych środowiskach inaczej nie pozyska się szacunku), to po kilku latach wróciłam do punku wyjścia. I choć teraz byle „kurwa” już mnie nie peszy (może też dlatego, że sama używam jej w sytuacjach zwielokrotnionego rozemocjonowania :P ) i nikt mi nie wmówi, że „wkurwiać się” to coś innego niż stopień wyższy od  ”wkurzyć się” a „pierdolić” to wspięcie się na wyżyny prawienia niedorzeczności, to jednak słysząc ludzi wyrażających się tylko za pomocą wulgaryzmów albo co gorsza, popisujących się umiejętnością ich stosowania (czytaj: jak ich nie używają, mają problem z wyrażeniem o co im w ogóle chodzi) – bo tak między nami, to polonista, który przecież zna język polski w każdej jego odmianie, jest ostatnią osobą, którą można by za pomocą wulgaryzmów speszyć – po prostu czuję niesmak na ustach, a nie zgorszenie.

Więc wracając do tego „popierdolonego popierdoleńca” morda w kubeł i stul pysk :P

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>