Dlaczego w tym roku nie kibicuję Leonardo DiCaprio?

Ponieważ nie uważam, że jego rola w „Zjawie” jest najlepszą w jego repertuarze.

W „Wilku z Wall Street” wspiął się na aktorskie wyżyny i moim zdaniem niesłusznie  Oscara dostał wtedy Matthew McConaughey.

Witaj w Klubie

Owszem, jego rola na pewno wymagało dużo większych poświęceń niż zagranie pławiącego się w luksusach maklera, jednakże nie wydaje mi się by ktokolwiek był w stanie zagrać swojego bohatera równie diabolicznie i komicznie zarazem jak Leonardo.

Jeszcze bardziej zdziwił mnie brak nominacji dla Leonardo po „Django”. Rozumiem, że trzeba tu było wybierać albo Christoph Waltz albo Leonardo.

I Christoph Waltz, aktor, który z równą łatwością wciela się w psychopatycznego mordercę, jak i sympatycznego kowboja, w tej roli pokazał wszystkie odcienie nieco pokręconej, ale mimo wszystko dobrodusznej psychiki Doktora Schultza. Pomimo to uważam, że, chociaż Christopha Waltza uwielbiam, to jednak Leonardo pokazał tu dużo większy talent.

No i przychodzi premiera „Zjawy” i człowiek naczytał się tylu pochlebnych recenzji na temat tego filmu, no i idzie w końcu do kina. I co?

Jeśli napiszę, że było to rozczarowanie, to będzie to zdecydowanie przesada z mojej strony. Ale naprawdę spodziewałam się czegoś więcej.

Rozumiem, że, tak jak głoszą wszystkie plakaty, film ten miał pokazać desperacką próbę przetrwania człowieka, który pozostawiony przez współtowarzyszy na pewną śmierć, przedziera się przez śniegi, wiedziony jedynie chęcią zemsty. Nie zmienia to jednak faktu, że film ten jest dla mnie jedynie wydmuszką. Owszem, mimika Leonardo wyraża tysiące uczuć, które w danej chwili musiały przenikać duszę jego bohatera, jednakże trudno nie oprzeć się wrażeniu, że film ten nie posiada głębszego dna.

Zresztą jeśli mam być szczera, to nawet nagrodzony w zeszłym roku „Birdman”, też mnie rozczarował i też nie mogłam się do końca zgodzić z werdyktem Akademii, gdyż moim zdaniem dużo lepszym filmem był „Boyhood”, którego do tej pory widziałam kilka razy i za każdym razem wzrusza mnie on z taką samą siłą.

Alejandro González Iñárritu nie jest dla mnie reżyserem obcym. Takie filmy jak „Babel” czy „21 gramów” uchodzą dziś za kultowe i nie sposób odmówić im tego zasłużonego miana. Jednak i „Birdman” i „Zjawa”, w których reżyser chciał pokazać człowieka w obliczu wyzwań, jakie stawia przed nim jego codzienność (o ile możemy mówić o codzienności w przypadku zmagania się z naturą na Dzikim Zachodzie w XIX wieku czy też podczas przygotowań do premiery przedstawienia, w którym podstarzały aktor grający od lat tytułowego Birdmana, ma przekonać krytyków teatralnych do swojego talentu), nie do końca chyba realizują założone cele.

Inna sprawa, że niedawno udało mi się zobaczyć kilka innych filmów, z aktorami nominowanymi do Oscara za główne role, i, szczerze mówiąc, nie widzę raczej konkurencji dla Leonarda.  Bo tak: Ediego Redmayna w „Dziewczynie z portretu” jeszcze nie widziałam, ale nie sądzę, bo mógł on zrobić większe wrażenie na Akademii niż Leo zaszywający się we wnętrznościach konia, a filmów o Stevie Jobsie było już kilka i wydaje mi się że już nikt nie jest w stanie powiedzieć o nim nic więcej, skoro wszyscy wiemy, że był wielką świnią, która do swoich celów nie wahała się wykorzystać najwierniejszych przyjaciół.

No i zostaje jeszcze Mat Damon w „Marsjaninie”, który też już miał okazję pracować z Leonardo DiCaprio na planie „Infiltracji” i tutaj również się dziwię, dlaczego za tę rolę Leonardo nie dostał przynajmniej nominacji. Także  Matt Damon w tym filmie miał dużo więcej do zagrania niż w „Marsjaninie”, który de facto jest filmem dużo ciekawszym i w ogóle fajniejszym niż „Zjawa”

No i na koniec zostaje mój faworyt, który jak mniemam na pewno Oscara nie zdobędzie, czyli Bryan Cranston, znany wszystkim z „Braking Bad”, a nominowany za rolę Daltona Trumbo, scenarzysty, który za swoje lewicowe poglądy wpisany zostaje na czarną listę senatora MacCarthyego.

Dzięki temu jego kariera powinna zostać złamana, a jednak nie do końca udało się to władzom, gdyż Trumbo pod pseudonimami sprzedaje scenariusze, które pod przykrywką  również zdobywają Oscary.

Jest to zatem historia o człowieku, który nie dał się złamać przez system  i mimo wielu kłód rzucanych pod jego nogi, udowodnił, że prawdziwy talent zawsze się obroni.

Mam dziwne wrażenie, że film ten, z powodu kilku właściwie migawek z sali sądowej, pokazuje jak w łatwy sposób można wniwecz obrócić całą linię oskarżenia i jak mimo wszystko (zgodnie z jedną z moich ulubionych sentencji), jeśli ktoś chce komuś coś udowodnić, to zawsze to udowodni (co jak pokazuje film, zwykło działać w obie strony).

Kolejną zaletą jest to, że Trumbo, pomimo wyraźnie lewicowych sympatii, nie popada w jakiś obłęd walki z systemem.

Wyraźnie argumentuje potrzebę równości wszystkich ludzi, co jak wiadomo, w czasie polowań na komunistyczne czarownice, było naginane tak, by społeczeństwu pokazać, że aparat państwowy walczy z czerwonym widmem komunizmu na wszystkich frontach.

Jednakże mimo tego, że rola ta jest dużo ciekawsza i lepsza niż rola Leonardo DiCaprio w „Zjawie”, to nie wydaje mi się, by w tym roku ktokolwiek mógł mu zagrozić.

Choć i tak uważam, że jeśli w tym roku tego Oscara dostanie to jednak trochę niezasłużenie.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>