Prawo rosnącej użyteczności krańcowej.

Na podstawach ekonomii w szkole średniej omawialiśmy różne prawa ekonomiczne. Wśród nich, między innymi, prawo malejącej użyteczności krańcowej, zwanej również prawem Gossena, zgodnie z którym przyrost zadowolenia z konsumowanego dobra zmniejsza się wraz ze wzrostem konsumpcji. Jednakże w niektórych, szczególnych wypadkach, ten przyrost zadowolenia może jednak wzrastać. Dzieje się tak na przykład, kiedy oglądamy nasz ulubiony film po kilka razy, po to by rozkminić poszczególne jego wątki i w ten sposób zrozumieć jego fabułę dogłębnie.

W moim przypadku użyteczność krańcowa na pewno rośnie wraz z każdym seansem „Gwiezdnych wojen”.

Na temat tego filmu chciałam napisać już jakiś czas temu. W końcu premiera odbyła się 18 grudnia, a ja parę dni później byłam już w kinie.

No i tak oglądam ten film i oglądam i stwierdziłam, że nie napiszę na ten temat ani słowa, dopóki nie obejrzę pierwszej według kolejności powstawania trylogii, żeby się upewnić czy wszystkie wątki były tam też podane w tak łopatologiczny sposób i czy dialogi też były tam tak kiczowate, że co chwilę wybuchałam śmiechem. Bo, że druga według kolejności trylogia taka właśnie była, nie mam wątpliwości (co nie zmienia jednak faktu, że skoro TVN ma zamiar wyświetlić wszystkie części w kolejności chronologicznej, to na pewno obejrzę je wszystkie po raz kolejny).

I uczciwie przyznaję, że najstarsza trylogia, to jednak niedościgniony ideał. Co prawda jedynym filmem, w którym stężenie patosu sięga niemal zera jest „Nowa nadzieja” (z wyjątkiem końcowej sceny wręczenia Lukowi i Hanowi Solo orderów, no ale umówmy się, że jest to bardzo uroczysta scena, w której wszyscy chcą uczcić zniszczenie Gwiazdy Śmierci, więc jestem skłonna wybaczyć ten patetyczny wątek).

W kolejnej części, czyli „Imperium Kontratakuje”, mamy znowu jedną patetyczną scenę, która nie tylko otarła się o śmieszność, ale stała się bohaterem wielu prześmiewczych memów. Mam na myśli oczywiście słynne „I’m your father” Darth Vadera i równie słynne „Nooooooooooooooooo” Luka Skywalkera. Nawet miłosny wątek Hana Solo i Lei, dzięki sporej dawce ironii i poczucia humoru, nie popada w żadną krańcowość. Nie da się tego niestety powiedzieć o wątku miłosnym Amidali i Anakina z drugiej chronologicznie trylogii.

No i trzeci film z pierwszej trylogii, czyli „Powrót Jedi”, gdzie ma miejsce ostateczna  scena walki dobra ze złem, którą znowu od ostatecznego pogrążenia w patosie ratują komiczne wręcz sceny wzajemnego wciągania się w pułapki rebeliantów i armii Imperium.

Niestety najnowszej części „Gwiezdnych wojen” nie udało się uniknąć błędów swojej poprzedniczki. Dialogi jak były kiczowate, tak są nadal. Wątki zaś wręcz nachalnie podawane widzowi na tacy.

Rozumiem, że pewnie scenarzyści chcieli uwiarygodnić tę historię, ale uwiarygodnienie i uzasadnienie, to jednak nie to samo co jej unachalnienie.

Co mi się najbardziej nie podoba, to prawie kompletne pozbawienie tajemnicy. Przedstawieni zostali wszyscy bohaterowie kolejnej trylogii i umieszczeni w odpowiednim dla nich obszarze mapy i drzewa genealogicznego gwiezdnej sagi. Co prawda w dalszym ciągu nie wiem skąd się wzięła Rey, czyli pierwsza w historii kobieta-jedi (tak; już słyszałam, że musi ona być córką Luke’a, ale jakoś dziwnie się iskrzy między nią a Kylo Renem, więc niespecjalnie się zdziwię, jeśli w kolejnych częściach, autorzy zrobią z tego wątek miłosny – zresztą nie miałabym nic przeciwko ;) )ani czarnoskóry szturmowiec Finn, który podobno nie posiada mocy, a jednak również dzielnie posługuje się świetlnym mieczem, ale jednak to łopatologiczne wtłaczanie nam kosmogonii wypada nadzwyczaj irytująco.

Równie łopatologicznie wypada wypada wątek feministyczny. Co prawda Rey doskonale daje sobie radę sama. Nie potrzebuje obrońcy, który będzie ją ratował z kolejnych opałów, ale też mam dziwne wrażenie, że jest to wszystko bardziej zorganizowane na pokaz, by przekonać widza, do nowej poprawności politycznej „Gwiezdnych wojen”.

Kolejny łopatologiczny wątek to oczywiście Kylo Ren, który też jakoś dziwnie nachalnie chce nam być przedstawiony jako ten zły Darth Vader 2.

Akurat Adam Driver to aktor, którego doskonale kojarzę z jednego z moich ulubionych seriali, czyli „Dziewczyn”, gdzie gra neurotycznego chłopaka głównej bohaterki, więc wydawało mi się że jako bohater negatywny sprawdzi się doskonale. I na pewno sprawdziłby się, gdyby tylko autorzy scenariusza, nie wkładali mu znowu nachalnie w usta kwestii wręcz żywcem wyjętych z ust Dartha Vadera  i nie wtłaczali go wciąż w sceny mające za zadanie utwierdzić widza w pewności iż oto syn Lei i Hana przeszedł na złą stronę mocy i będzie kontynuować niedokończone dzieło swego dziadka (chociaż jak wszyscy doskonale wiedzą, w momencie śmierci Darth Vader przechodzi ponownie na dobrą stronę mocy i odradza się jako duch Anakina Skywalkera, który nawet w końcowej scenie „Powrotu Jedi” został zremasterowany i zamiast Sebastiana Shaw, który występował w oryginalnym zakończeniu, widzimy Haydena Christensena)

Tak, tak, wiem. Niepotrzebnie się czepiam. To jedynie pierwszy odcinek trylogii, więc autorzy chcieli jedynie nakreślić sytuację geopolityczną kolejnych części sagi i przedstawić jej głównych bohaterów. I wiadomo, że poszczególne wątki zostaną rozwinięte i mam nadzieję, że jako widz będę jeszcze wiele razy zaskoczona, ale nawet pisząc ten tekst już widzę, że mimo, że nie pałam specjalną sympatią to drugiej według kolejności powstawania trylogii, też będę ją musiała jeszcze raz zobaczyć, aby jeszcze raz przeanalizować wpływ wszystkich wątków z tej niby pierwszej trylogii na drugą i trzecią.

Jeśli natomiast chodzi o samą akcję „Przebudzenia mocy”i efekty specjalne, to nie mam się czego czepiać, ponieważ film trzyma w napięciu do samego końca, a efekty 3D, to jedne z najlepszych, jakie ostatnio w kinie widziałam. I pod tym względem są to te same „Gwiezdne wojny”, którymi tak zachwyciłam się w dzieciństwie i przy których oglądaniu użyteczność krańcowa zawsze będzie rosnąć, przecząc tym samym prawu Grossena.

Tak więc na ostateczne pytanie czy warto się wybrać do kina odpowiadam, tak. Jak najbardziej. Mało tego. Z pewnością będę musiała tę część zobaczyć jeszcze raz, by dokładnie sobie poukładać wszystkie wątki po ponownym obejrzeniu pierwszej i drugiej czy też drugiej i pierwszej trylogii i jestem absolutnie pewna, że po tym drugim seansie „Przebudzenia mocy” moje odczucia mogą być nawet zupełnie inne ;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>