Skoro już jesteśmy przy angielskim…

A mi było wstyd jak dziecku, bo ja mówię po niemiecku :D

No właśnie. Nigdy nie uczyłam się angielskiego. Zawsze tylko  niemieckiego.  Z tego też powodu zawsze było mi wstyd. Pamiętam jak na studiach z przyjaciółką jeździłyśmy do Krakowa żeby poimprezować, bo niestety zanim Katowice stały się miastem muzyki, były przede wszystkim miastem bez rynku, a już na pewno miastem bez imprez. I podczas kiedy moja przyjaciółka brylowała w krakowskim towarzystwie obcokrajowców wszelkiej maści, ja usuwałam się gdzieś na ubocze, bo zwyczajnie głupio się czułam nie bardzo mogąc wyartykułować czegokolwiek, chociażby tylko po to żeby jako tako zaznaczyć swoją obecność.

No ale że głos Krzysia Antkowiaka zawsze mi gdzieś tam z tyłu głowy siedział, więc chcąc nie chcąc (ale raczej bardzo chcąc), zaczęłam sobie chodzić na kurs językowy.

Po roku byłam już praktycznie w stanie dogadać się z każdym na poziomie podstawowym. I ogólnie byłam z siebie bardzo dumna. Bo zrobiłam sama dla siebie coś, z czego do dzisiaj czerpię profity nie tylko na gruncie zawodowym.

Jednak już wcześniej zaczęłam zauważać też tę ciemną stronę mocy.

Nie wiem czy jeszcze kilka lat temu Polacy byli tak zakompleksionym narodem z powodu braku znajomości języków obcych, czy też zwyczajnie cierpieli na punkcie słabego umiędzynarodowienia, naszego, jakby na to nie patrzeć, pięknego kraju, że wręcz nagminnie zaczęli języka angielskiego nadużywać.

Tę korpomowę jeszcze jestem w stanie zrozumieć (ale zaakceptować już niekoniecznie :P ). No niestety kiedy cały boży dzień z każdej strony wszystko jest omawiane po angielsku, to chcąc nie chcąc (a nawet bardzo nie chcąc) i prędzej czy później (a nawet dużo później), wszystkie te anglicyzmy wchodzą Ci w krew.

Ale weźmy na przykład takie nazwy miejscowe. Taką na przykład Silesię City Center. Jakby nie można tego nazwać Centrum Handlowe Silesia.

Tak wiem. Silesia to też nie jest rdzennie polska nazwa, tylko łacińska. Ale przynajmniej utrwalona jakoś w historii. A ta Silesia City Center brzmi co najmniej  pretensjonalnie.

Kiedyś spotkałam się z takim kontrargumentem, że dzięki używaniu angielskiego nazewnictwa jesteśmy bardziej międzynarodowi. Tylko wybaczcie. Czy naprawdę nazywając wszystko po angielsku i wypierając dzięki temu polskie nazwy, będziemy bardziej „interneszynl”? Nie wydaje mi się. Swoją drogą dla mnie i cała Silesia City Center i  całe to „interneszynl” brzmi równie wieśniacko.

Owszem. Na pewno jest dzięki temu łatwiej odnaleźć się obcokrajowcom w naszym kraju. Ale z drugiej strony czy nie lepiej jednak byłoby przedstawić tym obcokrajowcom, nasze własne świszcząco-szeleszczące nazwy?

Ja tam nie przeczę, że taka „Ślunsko hala” brzmiałoby dużo fajniej i ciekawiej niż taka „weri interneszynl” Silesia City Center, choć nie  zaprzeczę, że zdarzyło mi się spełnić żądanie uwiecznienia kogoś, na tle majaczącego nad głowami pozujących do zdjęcia modelów napisu Silesia City Center (i jeszcze zostałam stanowczo przywołana do porządku, kiedy chciałam w jakikolwiek sposób okroić napis, by w ten sposób skomponować modelom jakiś ciekawszy kadr).

Ale ok. Silesia, niech już zostanie Silesią (chociaż do tej „Ślunskiej hali” już się zdążyłam przyzwyczaić). Umówmy się, że ta nazwa jest już faktycznie rozpoznawana na arenie międzynarodowej (co swoja drogą jest bardzo przykre, bo byłaby to bardzo fajna i skuteczna promocja gwary śląskiej).

Jeszcze większy szok przeżyłam, kiedy przybyłam do Zakopanego, a tam na środku Krupówek pyszniła się błyszczącym podświetleniem „Krupówki Fashion Street”. Nie no mowę mi odjęło kiedy to zobaczyłam.

Wygląda na to że Górale chcą być równie „interneszynl” jak Ślązacy.

Nie jestem aż tak bardzo obeznana z gwarą góralską, ale moim skromnym zdaniem „Krupówki” i „Fashion Street” pasują do siebie jeszcze lepiej niż piernik do wiatraka.

Nie wiem, kto wpadł na ten genialny pomysł (choć nie zaprzeczę, że sama uliczka wygląda całkiem przyjemnie), ale dziwię się, że jeszcze karnie nie posypuje głowy popiołem.

No nie no. Ręce opadają.

Nadużywanie angielskiego nazewnictwa w nowo powstałych obiektach raczej nie dodaje im ani sławy, ani też chwały.

Inna sprawa to zangielszczanie nazw polskich miejscowości tudzież uczelni. Nie widzę sensu ani w jednym ani w drugim.

Tak samo jak nie widzę sensu w spolszczaniu nazw miejscowości zagranicznych. Wiadomo, że niektóre tak nam już weszły w nawyk, że nie wytępimy ich już nigdy, bo Paryż nigdy nie stanie się Paris, Londyn nigdy nie będzie Londonem ani też Wiedeń nigdy też nie powróci do bycia Wienem.

Ale też tak samo dziwnie brzmi nazywanie Warszawy „Łorsoł”, Katowic „Ketowic”, a Krakowa „Krakał” (tym bardziej że samo krakał,  jak widać, ma również inne znaczenie).

Jednak zangielszczanie nazw polskich uczelni w angielskich CV jest dla mnie już niedopuszczalne. I tak, wiem, podobno obcokrajowcy łatwiej się orientują, kiedy nazwę uczelni umieści się niby po angielsku, chociaż ja i tak mam ciągle w pamięci, obraz mojego  przełożonego-obcokrajowca, który w jednej z poprzednich firm zawsze się irytował, kiedy nazwy szkół podane były po niemiecku. Tak się składa, że zawsze łatwiej było mu je wyszukać w internecie wpisując polską nazwę, a dopiero potem zmieniając język strony na niemiecki, jeśli faktycznie był kandydatem zainteresowany.

Inna sprawa, że dość często spotykam się z pełnym politowania uśmiechem na widok angielskiego cv  z polskimi nazwami uczelni, wśród polskich oczywiście rekruterów, gdyż są oni święcie przekonani, że kandydat zwyczajnie niedostatecznie zna język angielski.

Bardzo mi przykro, ale ten uśmiech politowania świadczy raczej bardzo źle o rekruterze. Bo jakby na to nie patrzeć, to polscy rekruterzy, znający przecież doskonale (choć jak widać jednak nie) swój język ojczysty, czepiają się takich rzeczy.

No i jeszcze może na koniec kilka słów, które już chyba na stałe weszły do słownika języka polskiego, chociaż moim zdaniem z łatwością da się je zastąpić polskimi odpowiednikami i brzmią wtedy nawet dużo lepiej, choć obawiam się, że mógłby już być problem z komunikatywnością takich odpowiedników.

Na przykład taki „dizajn” dużo lepiej brzmi jako polskie wzornictwo. A taki „pi ar” brzmi dużo lepiej jako komunikacja społeczna.

Nie należy też zapominać, że „menedżer” zawsze brzmi dużo mniej kompetentnie niż dyrektor albo nawet kierownik, bo takiego „tim menedżera” należy traktować raczej jako kierownika zespołu, co moim zdaniem zdecydowanie lepiej nawiązuje do funkcji takiego „menedżera”. Zresztą jak widać,  samo słowo „menedżer” właśnie dzięki takiemu nadużywaniu zwyczajnie traci na wartości (a nie na przykład dewaluuje się ;) ).

Taka dygresja na koniec ;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>