Weri interneszynl end profeszynl inglisz lengłedż

Tak. Miałam święty zamiar wyśmiać korpomowę. Obnażyć jej pustkę. Prześwietlić jej hipokryzję, a także zwykły snobizm. Pusty snobizm dodajmy. Ale jak zwykle nic mi z tego nie wyjdzie.

Nie mam planu mojego wpisu. Nie mam żadnych punktów, podpunktów ani też podpunktów tych pierwszych podpunktów.

Plan zawsze był moją słabą stroną. Nie potrafię się go trzymać. Nie zapomnę, kiedy na pierwszym roku studiów wykładowca z literatury staropolskiej wyśmiał mnie, że po szkole średniej nie wiem co to konspekt. A ja zwyczajnie nie potrafiłam pisać pracy w oparciu o plan. I nie potrafię nadal.

Wiem, że ma to być niejaka pomoc. Że dzięki planowi bądź też, mówiąc mniej kolokwialnie, konspektowi właśnie, wiemy o czym chcemy i będziemy pisać naszą pracę. Że najpierw powinniśmy się napocić nad planem pracy, bo to połowa sukcesu, a dopiero potem w oparciu o ten plan możemy pisać. I wtedy już wszystko idzie jak z płatka. Ale nie w moim przypadku.

No i dzięki temu mam pomysł na kolejny wpis. Jaki był Twój plan na życie i jak Ci się udało go punkt po punkcie zrealizować.

No ale wróćmy do motywu przewodniego tego oto wpisu, bo już czuję, że zaczynam krążyć po meandrach, które za niedługo zmienią się w starorzecza.

Więc wracając do korpomowy, to z mojego wyśmiewania raczej nici, gdyż, ponieważ, iż, istnieje taka masa różnych artykułów, rozpraw, felietonów, blogów, notek poświęconych korpomowie, że wydaje mi się, że cokolwiek bym napisała, zawsze będzie to tylko powielanie tego co wcześniej było już napisane.

Ponieważ jednak tak sobie krążę od tego jednego meandru do drugiego, to jednak po drodze mijam różne zakola, które poniekąd wzbogacają mój jakże jednak zawiły tok myślenia i chyba właśnie dzięki temu, że zaplątałam się w bardzo zaplątany sposób (czyli zgodnie z prawidłami logiki wyszłam na prostą), mogę już wrócić do wątku głównego.

Więc czym jest tak na dobrą sprawę ta korpomowa? Na pewno pojawiło się już mnóstwo mniej lub bardziej naukowych tudzież fachowych definicji, z których ja jednak korzystać nie będę, tylko spróbuję to wyjaśnić na mój własny (znany mi z autopsji) sposób.

Umówmy się, że polonistką jestem raczej kiepską, co nie znaczy, że tych pięć lat studiów nie odcisnęło na mnie żadnego piętna najmniejszego nawet zboczenia zawodowego.

Pierwszym słowem, z którym się zetknęłam w nowo tworzonej korpie na Śląsku było słowo „badi”. Każdy „mejt” po zakończeniu podstawowych szkoleń został przedstawiony swojemu „badiemu”.

Całe życie uczyłam się jednego języka obcego i był to język niemiecki. No ale ponieważ popyt jest nierozdzielnie związany z podażą (no i że to też trochę wstyd nie znać angielskiego w dzisiejszych czasach), to się trochę tego angielskiego poduczyłam (poza tym co tu dużo gadać; należałam w swoim życiu do wielu różnych grup językowych – lubię się uczyć nowych rzeczy; to takie moje małe hobby – i zawsze kiedy byłam uczestnikiem kursu języka angielskiego, trafiałam na fajnych ludzi). Więc ten motyw „mejta” i „budiego”coś mi mówił. Co nie zmienia jednak faktu, że gdyby to wyrazić polskimi słowami „opiekun” i „podopieczny” oddałoby to znacznie lepiej sens zaistniałej relacji. Jednak każdy korposzczur doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że cokolwiek by to nie znaczyło, po angielsku brzmi to dużo profesjonalniej.

Moim pierwszym stanowiskiem pracy było stanowisko „asosziejta”. Co prawda znaczy to mniej więcej tyle co współpracownik, no ale przecież nie będziemy się tak deprecjonować. Taki „asosziejt” i może i wie i potrafi dużo więcej niż taki jakiś zwykły, szary współpracownik.  A taki „senior asosziejt” to już w ogóle niedościgłe marzenie. Chodząca wiedza. Nieważne że jesteś tylko mniej lub bardziej zaawansowana w operowaniu skrótami „ctrl + c” i ctrl + v”. Jesteś „asosziejtem”. Nie pamiętam już czy tam było takie stanowisko jak specjalista bądź też, skoro chcemy wszystko nazywać bardzo profesjonalnie, „speszylist”, ale chyba nie. Nawet po angielsku „ctrl + c end ctrl+v speszylist” odejmuje temu „speszylist” cały splendor i nimb wiedzy tajemnej.

Swoją drogą trochę mnie dziwi, że mimo tego, iż umowa sporządzona była w języku polskim, akurat nazwa stanowiska zachowana została w języku angielskim.

Oczywiście wszyscy zajmowaliśmy się tam arcyważnymi „dżobami”  czyli zadaniami (jak już wcześniej wam wszystkim uzmysłowiłam, „dżob” brzmi dużo profesjonalniej niż takie jakieś nijakie zadanie), a w przerwach urywaliśmy się na „smołl tolki” zamiast na ploteczki tudzież inne pogaduchy (zapamiętać: to naprawdę nie to samo).

Jednak po paru miesiącach takiego „smołl tolkowania”, „dżobowania”, jak również „asosziejtowania”, miałam zwyczajnie dość tego całego przerostu formy nad treścią i urwałam się do świata, który tworzył wszystkie te ścinki dla „asosziejtów”, czyli prawdziwego świata finansów.

Jak już wcześniej pisałam, nie potrafię się trzymać planów (no chyba że są to plany związane ze spędzaniem wolnego czasu; w takim planowaniu jestem mistrzynią ;) ) i po jakimś czasie znowu wróciłam do korpory.

Minęło kilka lat i wydawać się mogło, że te wszystkie makaronizmy, to jednak trochę śmieszne są. I fakt. W mojej następnej korporze też się „smołl tolkowało” zamiast urywać się na pogaduchy, „bekapowało się” zamiast wzajemnie się zastępować, w pracy wszyscy mieli bardzo ważne „mitingi” zamiast mało istotnych spotkań, spektakularne „kole” zamiast przestarzałych konferencji. Wyjeżdżaliśmy na  ”tranzyszn”, które zawsze jest wielkim „czelendżem” zamiast uczestniczyć w przekształceniu firmy , którego, jak wiemy, dokona każdy głupi. Ale mimo wszystko używane to było raczej dla „beki” niż dla podkreślenia własnego profesjonalizmu.

Nie można również zapominać o „taskach”, targetach” i innych „golach” , bez których żaden „performens” się nie obejdzie. A jakieś tam cele, dzięki którym możemy jasno kreślić wynik, którego się od nas oczekuje albo też  który chcemy osiągnąć, to naprawdę mało istotna sprawa.

Jednak wbrew pozorom doskonale zdaję sobie sprawę, skąd się to wszystko bierze. I nawet podczas tych słynnych „smołl tolków” niejednokrotnie narzekaliśmy na to, że najpierw nas ta korpomowa irytuje, denerwuje, wkurza wręcz, po czym po miesiącu wszyscy już mamy problemy z przypominaniem sobie jak te angielskie odpowiedniki brzmią po polsku.

Niestety nie da się tego uniknąć ze względu na język angielski, który jest w tej chwili językiem międzynarodowych korporacji. I kiedy człowiek podczas tych wielogodzinnych „koli” słyszy to wszystko przekształcane przez wszystkie możliwe akcenty języka angielskiego , czasami zapomina jak te słowa brzmią po polsku i w pamięci łatwiej je przywołać po angielsku. I wtedy właśnie powstają wszystkie te śmieszne hybrydy, które wyśmiewane są z każdej możliwej strony.

Co tu dużo gadać. Martwi mnie to i irytuje. Szczególnie u osób, którym się wydaje, że dzięki temu są bardziej profesjonalne, a są tylko zwyczajnie bardziej pretensjonalne.

Kiedy jednak porównam sobie sytuację polszczyzny sprzed dziesięciu lat, kiedy to wszystkie autorytety językowe grzmiały na temat wszechwładzy kultury obrazkowej, która wypiera kulturę słowa, kiedy to obawiano się zalewu anglicyzmów i tego,  że język polski codziennie jest deprecjonowany przez angielski, stwierdzam, że najgorsze wizje się jednak nie ziściły i widząc jak mimo wszystko wzrasta świadomość językowa w społeczeństwie (a może to tylko ja w tym zdominowanym przez korpomowę świecie widzę same przebłyski słońca), ośmielam się twierdzić, że jednak nie jest tak źle ;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>