Górnośląska „Dolina Loary”

Jest jedna rzecz, która sprawia, że serce mi krwawi tak samo, kiedy oglądam zdjęcia zwierząt porzuconych przez człowieka. Dzieje się to wtedy, kiedy patrzę na  niszczejące ruiny pałacyków, które na zdjęciach przed drugą wojną światową jeszcze zachwycają, a po drugiej wojnie zostają zniszczone przez przemieszczające się wojska radzieckie, albo też zwyczajnie bywają rozkradane i niszczone przez miejscową ludność.

Na Górnym Śląsku takich pałacyków jest zatrzęsienie. I nie chodzi mi tu tylko o słynny „mały Wersal” w Świerklańcu, który został najpierw spalony, a potem, podobno bez wiedzy ówczesnego konserwatora zabytków, wysadzony w powietrze czy też na przykład pięknie odrestaurowany pałac w Pławniowicach. Nie chodzi mi też o pałac w Mosznej, który również nadal zachwyca.

Interesują mnie przede wszystkim pałacyki, o których powoli się zapomina. O których wiadomości pojawiają się ni stąd ni zowąd na różnych portalach internetowych.

Niedawno udało mi się zobaczyć kilka z nich.

Pierwszym jest pałac w Krowiarkach. Ziemie, na których stoi pałac, wielokrotnie przechodziły z jednych arystokratycznych rąk do drugich, by w końcu ostateczny kształt, w  którym pałac ten podziwiać możemy dzisiaj, otrzymać od rodu Henckel von Donnermarck.

Podobno ostatni właściciel tego zamku uciekł na rowerze w 1945 roku w obawie przed zbliżającymi się wojskami Armii Czerwonej.

Po drugiej wojnie światowej, zamek, tak  jak praktycznie wszystkie poniemieckie obiekty zabytkowe które w nienaruszonym stanie przetrwały wojnę, co chwilę zmieniał swoje przeznaczenie.

Najpierw mieściła się tu Szkoła Aktywu Społecznego, potem Dom Dziecka, przedszkole, by na koniec stać się Szpitalem Ortopedyczno-Urazowym. W 1970 roku szpital jednak wyprowadził się z budynku pałacu i od tego czasu rozpoczęło się jego niszczenie.

Obecny właściciel pałacu powolutku, sukcesywnie próbuje go remontować. Jednak pomimo tego, że pałac jest niezwykle wdzięcznym obiektem sesji ślubnych, ciągle przypomina jak bardzo jest nadwyrężony zębem czasu.

Droga do pałacu jest co prawda oznaczona i z tego co się dowiedziałam, zarówno pałac jak i park, w którym się znajduje, jest udostępniany do zwiedzania. Jak się jednak okazuje nie dla wszystkich.

Kiedy przyjechaliśmy do Krowiarek, brama parkowa była otwarta, więc nie zastanawiając się długo weszliśmy do środka, próbując znaleźć kogoś, kto udzieliłby informacji czy obiekt można zwiedzić, bo umówmy się, że przebycie 80 km tylko po to by pocałować klamkę, to niezbyt przyjemne uczucie.

Niestety ani w parku, ani w budynkach oznaczonych jako biuro, nie udało nam się znaleźć nikogo. Stwierdziliśmy więc, że wykonamy kilka zdjęć, po czym udamy się w dalszą podróż.

Podczas pstrykania zdjęć podszedł do nas pewien pan, którego wcześniej nigdzie nie zauważyliśmy (bądź też tak dobrze się przed nami schował) z zapytaniem czy nie potrafimy czytać po polsku, gdyż wszędzie jest wyraźnie napisane, że to teren prywatny. Po przeprosinach, pan udał się jednak przekonać do zrobienia jeszcze kilku zdjęć pałacu, chociaż nie ma co ukrywać, że sytuacja była bardzo nieprzyjemna i chcieliśmy już tylko jak najszybciej stamtąd uciec.

A o to efekt tych kilkunastu minut spędzonych w Krowiarkach.

Niestety pan, który prawdopodobnie opiekował się tym pałacykiem pod nieobecność właścicieli, tak nas wystraszył, że nie rzuciliśmy nawet okiem na okalający pałac całkiem ładny park.

Mamy nauczkę na przyszłość, żeby wcześniej takie wizyty ustalać z właścicielami. Jednak z drugiej strony trochę dziwi, że choć droga do pałacu jest tak ładnie oznaczona i nawet w internecie zachęca się do odwiedzenia pałacu wraz z parkiem, w którym wytyczono również ścieżki dydaktyczne, na miejscu okazuje się, że nie ma nawet kogo zapytać czy obiekt można w ogóle zwiedzać.

Kolejnym punktem na naszej trasie był wybudowany w 1864 roku przez rodzinę von König pałac w Modzurowie . Obecnie w pałacu działają biura zarządu Stacji Hodowli Roślin Modzurów.

Nauczeni Krowiarkami, pierwsze nasze kroki skierowaliśmy do biur, z których odsyłano nas do kolejnych, by w końcu uzyskać ostateczną zgodę na zrobienie kilku zdjęć.

Niestety pałac znajduje się w otoczeniu różnych obiektów przemysłowych, co zdecydowanie nie wpływa na jego atrakcyjność (o zapachu nie będę się nawet wyrażać). Udało nam się jednak zrobić kilka ładnych zdjęć.

I pałacyk, i park jest bardzo mały, otoczenie też niezbyt przyjemne (no i ten zapach!), więc po jeszcze krótszym uwiecznieniu pałacyku na zdjęciach, udaliśmy się w dalszą podróż, tym razem do Raciborza.

Warto jednak nadmienić, że jeżdżąc po okolicach, co chwilę można się natknąć na tabliczkę z kierunkowskazem do kolejnego zabytkowego pałacyku. Po powrocie do domu przewertowałam sobie internet w poszukiwaniu nazw, na które natknęłam się po drodze i okazało się, że niestety większość tych zabytków, to już totalne ruiny, w których ciężko obecnie dostrzec oznaki dawnej świetności. A szkoda.

No ale wróćmy do Raciborza, o którym nie będę się rozpisywać, gdyż przez bardzo długi czas, zanim wykształcił się Górnośląski Okręg Przemysłowy, stanowił on stolicę naszego regionu. Podejrzewam więc, że opis jego historii wystarczyłby na kilka wpisów. Ograniczę się zatem do dwóch obiektów, które w ten listopadowy, zimny i krótki dzień udało nam się zwiedzić.

A więc pierwszy obiekt to zamek piastowski, który po prostu błyszczy po świeżutkim remoncie.

Niestety było już całkiem zimno i pogoda też nie była najładniejsza, więc  nie udało mi się uchwycić go tak jak bym tego sobie życzyła. Obecnie zamek można zwiedzać codziennie z przewodnikiem. Niestety podczas naszego krótkiego wypadu nie zgraliśmy się czasowo z harmonogramem wycieczek. Ale nic straconego. Na pewno jeszcze tam wrócimy z ładniejszą pogodą.

No i kolejny punkt programu to raciborska starówka wraz z Rynkiem.

Nie ma co ukrywać że wieża maryjna na Rynku, tak jak i Muzeum w Raciborzu urządzone w dawnym Kościele św. Ducha, a także całkiem urokliwa, choć bardzo mała starówka zachwycają. Szkoda tylko że dni są teraz już tak krótkie i zimne, że człowiek z coraz mniejszą chęcią zwiedza nasz górnośląski, kryjący jednak wiele całkiem nieoczywistych tajemnych miejsc region.

Ale tak jak piszę. Trzeba niestety zacisnąć zęby przez najbliższe miesiące i poczekać do wiosny :)

2 comments on “Górnośląska „Dolina Loary”
    • Znam ten zespół klasztorny bardzo dobrze i na pewno do niego wrócę. Pogoda się poprawiła, więc może nawet wkrótce ;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>