Marzenia czasami się spełniają (przynajmniej te muzyczne)

Byłam na koncercie Foo Fighters. Tak. Wiem. To obwieszczenie jest  co najmniej nie na miejscu, po tym jak ataki terrorystyczne w Paryżu spowodowały odwołanie przez zespół Dave’a Grohla trasy koncertowej po Starym Kontynencie.

I nie ma się co dziwić. W końcu Dave Grohl udzielał się jako perkusista w Eagles of Death Metal, więc równie dobrze sam mógłby się znaleźć na miejscu swoich kolegów z zespołu w sali koncertowej Bataclan.

I przyznam szczerze, że uważam za wielkie szczęście, że koncert w Polsce odbył się przed feralnym piątkiem trzynastego, gdyż moja wściekłość na debili z państewka muzułmańkowskiego (PM w sumie fajny skrót – dodajmy jeszcze w środku S i wyjdzie PSM – zespół napięcia przedmiesiączkowego :D ) spersonalizowałaby się jeszcze bardziej (chociaż zdaję sobie sprawę, jak groteskowo to brzmi).

Ale mimo tego tragicznego w skutkach wydarzenia, mimo tego, że bardzo współczuję Francji, ten tekst poświęcę jednak czemuś innemu.

Pod koniec lat dziewięćdziesiątych byłam chyba jedyną osobą w klasie, która nie miała ani telewizji satelitarnej ani kablowej, w związku z czym mój dostęp do muzyki, jak już wcześniej pisałam, ograniczał się do radia i kilku programów w Telewizji Polskiej, w których namiętnie śledziłam wszystkie nowości teledyskowe.

Skutek tego był taki, jak też już wcześniej pisałam. Zamiast teledysków dyskotekowych artystów natrafiałam na coś takiego jak Nirvana, co wtedy napawało mnie obrzydzeniem (co poniekąd jednak dobrze świadczy o kulturze muzycznej telewizji publicznej z tamtego okresu).

Sytuacja jednak zmieniła się w roku 2000, kiedy zamiast milenijnej pluskwy (w sumie jak  ta pluskwa miała mnie dopaść, skoro nie posiadałam ani komputera, ani żadnych innych urządzeń elektronicznych) miałam w końcu dostęp do tej upragnionej telewizji kablowej z nieograniczonym dostępem do telewizji muzycznych.

Pech jednak chciał, że w tym czasie zmieniły się nieco moje gusta muzyczne. O ile jako dwunastolatka uwielbiałam wykonawców pokroju Daddy K, a taka Nirvana, Pearl Jam (no akurat taki Soundgarden do mnie przemawiał) czy też nawet polskie Wilki, IRA albo taki HEY, było jednym wielkim beeeeeee, to już dwa lata później wszystkie te nielubiane przeze mnie kapele powróciły do moich łask.

Jednakże w tym roku 2000, rock przestał być już głównym towarem eksportowym stacji muzycznych, a królować zaczęła taka na przykład Britney Spears, której wczesnych piosenek moje ucho znieść nie mogło, co jeszcze bardziej wzmagane było przez fakt, że samą Britney i wiele wokalistek britneyopodobnych promowano do znudzenia (no wiadomo, skoro jeden towar się sprzedał, to wystarczy oprzeć się na jednym, dobrze sprawdzonym wzorze i naśladować, naśladować i jeszcze raz naśladować).

Do Britney przekonałam się dopiero w 2007 roku, kiedy to ją dopadła tragedia życiowa.

No ale jeszcze raz wracając do roku 2000, to wtedy też powstawały pierwsze teledyski takich zespołów jak Linkin Park, Crazy Town, POD, Papa Roach, Slipknot, no i Foo Fighters.

I chociaż pierwszym teledyskiem kapeli Grohla, z którym  zaczęłam identyfikować ten zespół było dopiero „Breakout”, to jego piosenki znałam już dużo wcześniej, chociaż nie kojarzyłam ich akurat z tym zespołem (ach to radio!). Takie na przykład Learn to fly, Big me czy też Walking after you, wywołało moje szczere zdziwienie, kiedy się dowiedziałam, że to jeden i ten sam zespół, do którego Breakout nie mogłam się przekonać. Tak samo jak nie mogłam się przekonać do filmów z Jimem Carreyem i filmów Braci Farrelly w ogóle (no dobra Sposób na blondynkę jest wyjątkiem…. No i jeszcze Ja, Irena i ja… no i może jeszcze kilka innych… Ale Głupiego i głupszego i tak nie cierpię).

Takie samo zdziwienie wywołała we mnie wiadomość, że Dave Grohl był perkusistą Nirvany, czyli zespołu, w stosunku do którego nadal nie byłam obojętna.

Pomijając jednak wiele faktów zdziwienia, jakie wiążą się z ta kapelą, wspomnieć muszę, że największe zdziwienie wzbudziłaby wtedy we mnie wiadomość że za 15 lat (wtedy pewnie zaczęłabym się zastanawiać czy za 15 lat to ja jeszcze będę żyć, a jeśli będę, to jak się ułoży moje życie niemalże skrajnej socjopatki) będę na koncercie tej kapeli, która przyjedzie do Krakowa.

W tym czasie miałam też  kilka innych ulubionych zespołów, o których koncertach nawet nie marzyłam.

Takie na przykład U2. O tym, że „With or without you” należy do ich repertuaru, też dowiedziałam się po jakimś czasie od momentu, w którym uznałam ją za moją ulubiona piosenkę i nie zapomnę nigdy mojej rozpaczy, kiedy w 2005 roku, 5 lipca  przyjechali do Chorzowa i wystarczyło tylko pół godziny na piechotę, żeby chociaż trochę ich posłuchać (nigdy nie zapomnę jak podczas koncertu Pearl Jam czy Metallici wystarczyło uchylić tylko okno żeby usłyszeć dokładnie każdy utwór – a jak już wspominałam wcześniej mieszkałam kiedyś jakieś pół godziny piechotą od Stadionu Śląskiego).

Tak się składało, że tego samego dnia moja babcia miała urodziny i chociaż rodzinka, która na tę okazję pofatygowała się aż z Niemiec, też się szczerze zdziwiła, że my z moją siostrą tu a nie na Śląskim, nie udało mi się nawet posłuchać ich pod stadionem.

Na koncert U2, który uważam za najlepszy koncert w moim życiu, udało mi się dostać dopiero 4 lata później. I do tej pory jestem wdzięczna chłopakowi, z którym zerwaliśmy dzień przed koncertem, że wybrał na to taką a nie inną datę. Bo gdyby zdecydował się na to w innym terminie, moja stopa nigdy nie postałaby  na Stadionie Śląskim podczas koncertu U2.

Podejrzewam, że gdyby biletów nie udało mi się dostać przed samym koncertem, w wyniku bardzo dziwnego zbiegu okoliczności (Adasiu do tej pory jestem Ci winna przysługę ;) ), nie przeżyłabym tego tak mocno, i też nie byłabym nawet w połowie tak euforycznie do tego wydarzenia nastawiona.

Moim drugim najlepszym w życiu koncertem był koncert Smashing Pumpkins na Off Festival w 2013 roku. Tego koncertu nie przeżyłam już tak mocno jak U2, ponieważ bilety miałam w ręku już dużo wcześniej i nie było takiego niebezpieczeństwa jak przed czterema laty, że na ten koncert nie dotrę, ale ściana dźwięku, wytworzona przez zespół Billyego Corgana, w którym z oryginalnego składu pozostał już tylko on sam, wydawała się tak zagęszczać atmosferę, że siekiery można było wieszać.

Trochę jednak  psuła atmosferę obecność osób, które nie znały zbyt dobrze repertuaru tej grupy i dla których na pewno koncert nie miał tak wielkiego znaczenia jak dla mnie. I też trochę dziwnie się czułam, kiedy wydzierałam się, podczas kiedy wokół mnie nikt nie znał najwyraźniej kolejnych wykonywanych przez zespół piosenek. Jednak i tak, mimo wielu niepochlebnych recenzji tego koncertu, do tej pory jestem nim oczarowana.

No i w końcu moje trzydzieste urodziny i Orange Warsaw Festival w 2012 roku i przy okazji koncert Garbage, Lauryn Hill no i Linkin Park, którzy to wykonawcy swoje lata świetności przeżywali właśnie podczas przełomu millenijnego. Na tym festiwalu pojawiłam się również po serii zadziwiających zbiegów okoliczności (Wiktor – do tej pory pamiętam :P ) i też zadumałam się nad tym, jaka zmiana zaszła we mnie podczas tych 15 lat, kiedy to nawet nie marzyłam, że kiedyś będę na koncercie tak wielkich gwiazd (chociaż nagłośnienie na stadionie pozostawiało wiele do życzenia).

Po drodze jeszcze zdarzył się Prince i Coldplay w 2011 roku na Openerze i MIA też w tym samym roku (tym razem Ci Wiktorku muszę podziękować za fantastyczne towarzystwo – szczególnie na diabelskim młynie ;) ) No i niech będzie jeszcze, że Rihanna, Queens of the Stone Age na Openerze w 2013 (bo Kings of the Lion z tego samego roku trochę rozczarowali – ale tym razem podziękowania dla całej fantastycznej ekipy ;) ).  Aaaa no jakże mogłabym zapomnieć o tym bladym supporcie Łąki Łan na Woodstocku w 2011 roku (Krzysiu, do tej pory uważam, że byłeś najlepszym towarzyszem szaleństwa podczas koncertu Prodigy :) ).

No i w końcu doszli do tego kolesie z Foo Fighters. I ciężko mi już znaleźć wykonawcę na koncert którego wybrałabym się bez wahania. Może gdyby The Cure jeszcze się zdecydowali tu przyjechać. A może na The Pixies? Bo niestety w 2014 roku nie mogłam. No i nie będę ukrywać, że tak fatalne nagłośnienie, jakie miałam możliwość podziwiania w 2012 roku też mnie do Orange Warsaw Festival nie zachęciło.

No ale co ma wspólnego początek o stacjach muzycznych z tymi wszystkimi koncertami, na których byłam do tej pory.

To że podejrzewam, że gdybym miała wcześniej dostęp do zagranicznych stacji muzycznych i oglądanie wszystkich tych zagranicznych teledysków nie byłoby dla mnie takim niedoczekaniem, podejrzewam, że nie polowałabym tak na koncerty wszystkich tych wykonawców.

I prawdopodobnie nikt by się mojemu bieganiu po koncertach nie dziwił. A często zdarza mi się słyszeć „Taka stara i jeszcze jej się chce” ;)

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>