Korpohumanistka idzie na studia.

A więc stało się. Pomimo obiecywanek, że już nigdy więcej moje nogi nie przekroczą progu jakiejkolwiek uczelni (w końcu jedną i do tego całkiem niepotrzebną podyplomówkę mam już za sobą) znowu zawitałam w progi uczelni wyższej.

I znowu z wrażenia nie zmrużyłam oka w nocy. Nowi ludzie, nowa wiedza, nowe otoczenie, człowiek robi sobie znowu takie same nadzieje jak kilkanaście lat temu, kiedy liczył, że jego życie zyska nowy wymiar i wkroczy na nowy,  wyższy poziom.

Oczywiście wszystko to okazało się jedynie młodzieńczą mrzonką, powstałą na wskutek legend o życiu studenckim, które znowu aż tak bujne nie jest (ok może ja aż tak bujnego nie posiadałam :P ) i szczerze mówiąc prawdziwe imprezowanie zaczęło się tuż po obronie pracy magisterskiej, kiedy faktycznie zmieniłam otoczenie, znajomych i w ogóle wszystko. I dopiero kiedy wydawało mi się że właśnie rozpoczęłam swój dozgonny już kierat praca-dom-praca-dom, zaczęła się jazda po koncertach, dyskotekach, domówkach, wycieczkach i innych tego typu rozrywkach.

Pamiętam dokładnie kiedy wracałam po pierwszym dniu poważnej już pracy na poważną umowę o pracy (szkoda tylko że nie zdawałam sobie sprawy w jakim czepku byłam wtedy rzeczywiście urodzona – praktycznie pierwsza praca zaraz po studiach i do tego jeszcze na umowę o pracę, czyli żadna śmieciówka, pracy co prawda nie w zawodzie, ale o pracy w zawodzie po komunikacji społecznej przy tak ekstremalnie żadnej sile przebicia jaką dysponowałam, zapomniałam już dużo wcześniej, pracy zdobytej bez wcześniejszego stażu, przy jak na ówczesne czasy całkiem dobrej stawce na początek – co prawda sama i tak bym się z tego nie utrzymała – i do tego jeszcze zdobytej bez żadnych znajomości – to było naprawdę dużo) i całe dotychczasowe życie przesuwało mi się przed oczami, a za oknem autobusu linii 840, o które bębnił marcowy wtedy deszcz, czaiła się czarna otchłań wielkiej niewiadomej, która przerażała swoją powagą, wydawało mi się że wszyscy przyglądają mi się z politowaniem i śpiewają w głowach do starej melodii „Oto zaczęło się poważne życie”.

Od tego momentu potwierdzam, że wszystko czego się spodziewałam po sobie wcześniej i później, okazało się jedną wielką odwrotnością.

No ale od początku.

Jestem pierwszą osobą w rodzinie, która poszła na studia, co z jednej strony napawało wszystkich dumą, a z drugiej  większymi wymaganiami.

Umówmy się, że od pokolenia moich rodziców wymagało się żeby jak najwcześniej się usamodzielnili i na wszelkich „wykształciuchów” patrzyło się wtedy podejrzliwie, jak na tych co dużo gadają, a nic nie robią (i przy okazji poza wpisaniem mgr przed nazwiskiem niczego dobrze zrobić nie potrafią) A jednak pokolenie później młodzież wysyłana była masowo na studia i niezałapanie się na jakikolwiek kierunek oznaczało wielką tragedię.

Przynajmniej ja na to patrzyłam wtedy w ten sposób. Ale…

W którymś z wcześniejszych wpisów wspominałam już chyba, że po ośmioletniej podstawówce, po której najlepsi uczniowie marzyli o tym żeby się dostać do najlepszych ogólniaków i potem na wymarzony kierunek studiów, ja się uparłam na ekonomik, bo stwierdziłam, że nie chce mi się uczyć tych samych przedmiotów przez kolejne 4 lata.

Z początku miało to być co prawda liceum handlowe, ale moja mama namówiła mnie, że jeśli już koniecznie chcę iść do szkoły z zawodem, to niech idę w takim razie do Liceum Ekonomicznego w  Chorzowie, bo to jest dobra, stara szkoła z tradycjami (w sumie chodził tam mój dziadek, potem chodziła moja mama, to teraz pójdę ja).

Jak się później okazało, w mojej ówczesnej klasie miałam jeszcze kilka koleżanek, które zadośćuczyniły rodzinnej tradycji i też wybrały te szkołę po namowie ich mam.

I pomimo tego, że od pierwszej lekcji powtarzano nam, że nie mamy szans na to ażeby zdać rozszerzoną maturę (bo to miał być ten pierwszy rocznik z nową podstawą programową i nową formułą matury, na szczęście którego SLD po wygranych wyborach w 2001 roku jako jedną z nielicznych obietnic wyborczych zrealizował przesunięcie matury w nowej formule jeszcze o dwa lata) oraz że nie dostaniemy się na studia, ponieważ tu w ekonomiku mamy okrojony program z przedmiotów ogólnokształcących i pomimo zdziwienia nauczycieli, że nie wybieram ani germanistyki, ani żadnych kierunków ekonomicznych, postanowiłam zdać na filologię polską, ponieważ zamarzyła mi się kariera literacka. A jeśli nie literacka, to przynajmniej dziennikarska.

I tu niestety po raz pierwszy zderzyłam się z ziemią, ponieważ do jakiegokolwiek zawodu związanego ze słowem mówionym trzeba mieć przynajmniej odrobinę przebojowości, która skupia na sobie uwagę publiczności.

Mój sposób na skupienie uwagi podczas wystąpień publicznych polegał na totalnym napięciu wszystkich mięśni ciała i nałogowym zaciskaniu szczęki, co powodowało nienaturalny grymas na mojej twarzy.

Mówiąc krótko, do wystąpień publicznych nie nadawałam się totalnie, jeśli chodzi o pisanie, to cofnęłam się do czasów na długo sprzed szkoły średniej (bo w podstawówce pisałam całkiem nieźle), a mnie jako nauczyciela młodzież by zjadła.

Przy okazji okazało się, że koleżanki, które zaraz po szkole średniej rozpoczęły pracę, teraz po 5 latach, pomimo braku studiów, były ekspertami w swoich zawodach i nawet jeśli w tym samym czasie udały się na studia, to już swobodnie filtrowały to co im jest potrzebne w pracy, a co nie i w ogólnym rozrachunku wyszły dziesięć razy lepiej na tym że nie poszły na studia niż ja, której jedynym marzeniem było w końcu obronić się.

No więc groziło mi permanentne bezrobocie. Ale…

Nagle okazało się, że przy tej swojej marnej sile przebicia, jestem człowiekiem raczej bezkonfliktowym i potrafię najprostsze rzeczy tłumaczyć na wiele różnych sposobów (o ile nie trzaskają mi nerwy).

Potem okazało się, że całkiem nieźle mówię po niemiecku i, co dziwne, w sprawach, w których trzeba się dogadać, dogaduję się z ludźmi bez problemu.

No i tak złapałam jedną pracę, potem drugą, potem następną…

I nagle okazuje się że księgowa z trzema językami obcymi, to całkiem ciekawa nisza na rynku pracy, tym bardziej, że coraz więcej firm eksportuje swoje działy księgowości do Indii i Polski, więc takie osoby będą przez jakiś czas jeszcze potrzebne na rynku pracy (chociaż naprawdę nie miałabym nic przeciwko temu, żeby wszystkie te firmy padły – ale to już temat na inny artykuł).

No ale co chciałam w ten okrężny sposób powiedzieć?

Przez całe lata wmawiano mi, że żeby odnieść w życiu sukces trzeba iść na studia.

I proszę mnie nie zrozumieć źle, bo wciąż uważam, że studia, które obrałam, naprawdę wielu rzeczy mnie nauczyły. Co prawda nie wykorzystuję tego w życiu zawodowym, ale ogólnie wykorzystuję to w życiu. I w ogóle doznałam tam kilku fascynacji literackich, których, podejrzewam, gdyby nie studia, nigdy bym ich nie poznała (ale to też już temat na kolejny artykuł).

Ogólnie uważam, że biorąc pod uwagę moje wykształcenie wyższe, miałam wiele szczęścia, że wcześniej uparłam się na to liceum ekonomiczne, bo właśnie teraz kontynuuję ten kierunek i teraz też już wiem, jak mam tę wiedzę filtrować, gdyż jako praktyk wiem dokładnie co jest mi potrzebne a co nie. A takie studiowanie jest dużo prostsze niż ciągłe tonięcie w bagnie wiedzy, której za nic nie da się usystematyzować i z której przez każdą szczelinę wylewa się wrażenie jej braku.

Inna sprawa, że gdybym kiedyś cofnęła się w czasie, nigdy nie wybrałabym się na studia dzienne. Miałam taki plan B, że jeśli mi się to nie uda, to pojadę na rok jako au pair do któregoś z krajów niemieckojęzycznych i założę się, że dałoby mi to dużo więcej doświadczenia niż tych 5 lat studiów, chociaż i tak ich nie żałuję. Podejrzewam, że dużo wcześniej wiedziałabym już kim chcę zostać w przyszłości i jak ma wyglądać moje życie.  A tak musiało upłynąć dużo więcej czasu nim się o tym w niezbyt przyjemny sposób przekonałam.

No i jak tu zakończyć tę historię, która znowu nie ułożyła się tak jak planowałam na początku, ale to chyba już urok mojej bazgraniny ;)

Może w ten sposób, że w ostatecznym rozrachunku i tak każdy wychodzi na swoje i jeśli na początku swojej drogi nie ma jeszcze sprecyzowanych planów na przyszłość, to doświadczenia, które spotykają nas codziennie, kształtują nas jako osoby i kształtują naszą przyszłość.

A więc pierwsza zasada, to przede wszystkim wiara w to że wszystko się zawsze jakoś ułoży.

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>