Batumi ech Batumi, herbaciane pola Batumi…

A więc wracam po krótkiej przerwie spowodowanej urlopem i dochodzeniem do siebie po urlopie. Tym razem napiszę o moim spełnionym podróżniczym marzeniu :)

Zaczęło się od tego

Niby nic takiego. Zwykła piosenka eurowizyjna. Tylko, że  ja po wysłuchaniu jej stwierdziłam, że kiedyś muszę odwiedzić ten piękny kraj. Co prawda miało jeszcze wiele lat upłynąć nim tam dotrę, no ale w końcu, po prawie 8 latach od stwierdzenia, że muszę tam kiedyś się wybrać w końcu się udało.

Wylądowaliśmy w Batumi o którym Filipinki przed wieloma laty laty śpiewały tak:

A jako że ja z rodzicami zawsze obowiązkowo oglądałam Listę Przebojów Starszych Nastolatków, też nie mogłam się doczekać, kiedy wreszcie zobaczę te herbaciane pola.

Długo nie mogłam się zdecydować czy zorganizować wyprawę samodzielnie, czy z biurem podróży. W końcu jednak po dwóch latach nauki języka rosyjskiego i obmyślania trasy, dałam za wygraną. To już jednak  inny kontynent, inna kultura, inni ludzie i mimo że ciągle się słyszy o tym jak Gruzini są uprzejmi i uczynni i jak bardzo lubią Polaków, do czego przyczynił się między innymi Prezydent Lech Kaczyński, który wspierał Gruzję w 2008  roku w wojnie z Rosją, stwierdziłam, że za pierwszym razem będzie jednak lepiej jeśli pojedziemy na wycieczkę zorganizowaną.

No i w końcu się udało. Ujrzeliśmy te herbaciane pola z okien autokaru, którym objechaliśmy prawie całą Gruzję :)

Co mnie jednak najbardziej zszokowało na samym początku, to kontrasty pomiędzy „tropikalnym”, wysadzanym palmami bulwarem imienia Lecha i Marii Kaczyńskich a postsowieckimi, zaniedbanymi blokami po drugiej stronie ulicy Batumi.

Batumi Batumi

Pamiętam, że kiedy byłam dwa lata temu w Albanii, wystarczyło tylko wdrapać się na skarpę nad Durres, lat żeby cofnąć się w czasie o jakieś sto lat i wylądować w wiosce z lepiankami. Oczywiście od strony plaży wysadzanej hotelami, nie było nic widać.

 

Natomiast w Batumi, przynajmniej w tej mniej oficjalnej części miasta, był to widok normalny. Co nie zmienia faktu, że odrestaurowana część starówki i sama tzw. „Piazza”, jak również inne place jak na przykład Plac Europejski z pomnikiem Medei, robiły wrażenie nadmorskiego kurortu.

No i przede wszystkim morze. Morze Czarne. Podobno najbardziej zanieczyszczone morze świata, więc można się było spodziewać wszystkiego tylko nie czystej wody i plaży, a tu naprawdę miłe zaskoczenie.

Batumi

Woda czysta, plaża bez jednego papierka o porozrzucanych innych śmieciach nie wspominając, to jeszcze temperatura wody była tak przyjemna, że człowiekowi nie chciało się z niej wychodzić (mimo wszystko;))

No i w końcu coś, dzięki czemu można było się poczuć jak w tropikalnej dżungli, czyli ogród botaniczny w Batumi

Batumi

Niestety całej kolekcji nie sposób zobaczyć podczas dwugodzinnego spaceru, ale jeśli kiedyś jeszcze tam wrócę, na pewno w pierwszej kolejności odwiedzę zakątki ogrodu, których nie dane mi było zobaczyć tym razem.

Po wizycie w ogrodzie zmierzyliśmy w głąb Gruzji , by odwiedzić pozostałe jej zakątki.

Kolejnym przystankiem okazało się skalne miasto Upliscyche. Co prawda takie Pamukkale w Turcji na pewno zrobiłoby na mnie większe wrażenie, ale że nie miałam okazji jeszcze go zobaczyć, nie mogę oceniać. Muszę jednak stwierdzić, że skalne miasto w Upliscyche wywarło na mnie niesamowite wrażenie. Niezwykłe formacje skalne w których wykuto kolejne komnaty, pomimo trzęsienia ziemi, które zniszczyło je prawie sto lat temu, sprawiały wrażenie miejsca bardziej magicznego niż realnego.Upliscyche Upliscyche Upliscyche Upliscyche

Po opuszczeniu skalnego miasta udaliśmy się dalej na wschód, do Gori, czyli miasta, w którym urodził się Józef Dżugaszwili. Nie wiem czy jest to powód do chwały, że udało mi się zobaczyć muzeum jednego z największych zbrodniarzy w historii ludzkości, jednak już dużo wcześniej na jednej z relacji podróżniczych w pewnym klubie podróżniczym w Katowicach postawiono taką tezę, że jakby na to nie patrzeć Stalin jest chyba mimo wszystko najsłynniejszym Gruzinem (szkoda tylko, że w takim a nie innym kontekście), który wytyczył powojenny ład na całym świecie i to chyba dla Gruzinów jest najważniejsze. Przyznam szczerze, że jak na wielkiego wodza narodu nie przystało, domek, w którym Stalin spędził pierwsze lata życia to mała chatka, dla której towarzysz rewolucji  Beria wybudował specjalne mauzoleum.

Gori

Już samo muzeum za to sprawia wrażenie dużo bardziej okazałego

Gori

Co do całokształtu natomiast, to przede wszystkim nasz przewodnik opowiedział nam całe życie Józefa Stalina w bardzo barwny sposób. Ciekawym kontrastem jest zapewne porównanie chatki, w której Stalin się wychował, a gabinetem, w którym urzędował jako Wielki Wódz Rewolucji, gdyż tenże gabinet również można podziwiać w muzeum w Gori.

No i w końcu to, co najważniejsze. To co spowodowało, że zgodziłam się na tę a nie inną wycieczkę, czyli Droga Wojenna i Kazbek. Nie będę się rozpisywać jak wielkiej urody są góry Kaukazu i jak bardzo malownicza jest gruzińska droga wojenna, czyli serpentyny, którymi wiją się autokary by przebyć drogę do przełęczy krzyżowej czyli 2379 m n. p. m. i w dół do stolicy. Wydaje mi się, że żadne zdjęcia nie oddadzą tego egzotycznego piękna i mimo że wrzucę tu kilka zdjęć które samodzielnie zrobiłam, dadzą one jedynie namiastkę wszechwładzy natury, która na każdym kroku ukazuje swą potęgę.

Droga Wojenna Droga Wojenna Droga Wojenna Droga Wojenna

Więc tak jak mówię, żadne zdjęcia, żadne opisy nie są w stanie oddać tego wielkiego „wow”, które cisnęło się na usta, na widok tego zniewalającego ogromu.

No i ostatni przystanek na naszej trasie, czyli stolica Gruzji Tbilisi.

Tu chyba poza ostatnim dniem, który spędziliśmy na poznawaniu nocnego Batumi (które oświetlone prezentuje się dużo bardziej okazale niż za dnia), mieliśmy okazję poznać Gruzinów nieco bliżej. Co prawda udaliśmy się jedynie taksówką pod kolejkę, która zawieźć miała nas na wzgórze nad miastem, na którym zbudowany został lunapark z karuzelami i innymi ciekawymi rozrywkami ale jak to bywa z nami (mamy pilota wycieczki – po co nam mapka), jako że nie mieliśmy żadnego przewodnika po mieście, wybraliśmy się taksówką w określone miejsce (jak do niego dotrzeć taksówkarzowi wytłumaczył nasz przeuprzejmy recepcjonista), a jeśli chodzi o drogę powrotną, to ufnie trzymałam w kieszeni wizytówkę naszego hotelu (w domyśle wydawało mi się, że wystarczy, że pokażę ją taksówkarzowi, a on od razu będzie wiedział, gdzie ma nas zawieźć). Jakież było moje zdziwienie, kiedy po okazaniu wizytówki, taksówkarz bezradnie stwierdził, że nie wie gdzie to jest. No to odwróciłam wizytówkę, gdzie znajdowała się mapka z lokalizacją naszego hotelu. W tym momencie taksówkarz, wyglądając na lekko poirytowanego, zaczął chodzić po ludziach i dopytywać się jak ma dojechać w miejsce z wizytówki.

W końcu jakiś uprzejmy taksówkarz wytłumaczył mu, że chodzi tu o Hotel Sympatia, na co nasz taksówkarz rozjaśnił się i stwierdził, że jasne, że wie gdzie to jest. I w tym momencie ja też doznałam olśnienia. Przecież Gruzini mają własny alfabet i szczególnie Ci ze starszego pokolenia w szkole uczyli się jedynie języka rosyjskiego, więc nasze łacińskie litery niestety niekoniecznie muszą im coś mówić. Poczułam się delikatnie mówiąc jak totalna kretynka, bo wychodziło na to że wystarczyło podać konkretną nazwę miejsca i oszczędziłoby to czasu i nam i taksówkarzowi, który de facto niepotrzebnie się denerwował.

No ale poniżej wrzucę może jeszcze kilka zdjęć żeby tak mniej więcej oddać wrażenie jakie wywarła na mnie stolica Gruzji.

Tbilisi Tbilisi Tbilisi Tbilisi

Pierwsze co się rzuca w oczy w stolicy Gruzji to znowu te kontrasty. Z jednej strony część ładnie odrestaurowanej starówki, z drugiej jeszcze nieodrestaurowana, a po części i zrujnowana druga część, a z jeszcze innej strony nowoczesna, wręcz futurystyczna architektura rządowych budynków, co ogólnie sprawia wrażenie totalnego misz-maszu. Ale jednak ma to w sobie pewien urok. Może właśnie dzięki temu to miasto jest tak charakterystyczne.

No i może jeszcze kilka słów o gruzińskiej kuchni i o tym co mnie w Gruzji najbardziej zbulwersowało.

No bo co tu dużo gadać. Gruzińska kuchnia przepyszna jest i jest też pierwszą rzeczą, której mi brakuje od powrotu. Różne sałatki z orzechowym, przepysznym sosem, grillowane warzywa, gulasze, ale trochę inaczej przyprawione niż węgierskie i nie wiem czy dzięki temu nie są lepsze, no i końcu to słynne chaczapuri, którym zajadałam się codziennie, a i jeszcze chinkali, czyli te słynne pierożki, co do których nikt nie był pewny jak należy je zjeść (i ja tego też nikomu nie zdradzę :P). No i nie można zapomnieć też o gruzińskim snickersie czyli czurczhele, czyli orzechach zanurzonych w wysuszonym soku winogronowym. Nie wygląda to zbyt apetycznie, ale za to w smaku jest dużo lepsze niż snickers.

Niestety w tym akapicie nie dodam zdjęć, gdyż tak szybko rzucaliśmy się na jedzenie po całodziennym zwiedzaniu, że nie było czasu żeby to wszystko apetycznie sfotografować.

A rzeczy, które mnie zbulwersowały były dwie.

Pierwsza to problem z niewłaściwym ubiorem w kościele. I nie chciałabym być źle zrozumiana, ponieważ  doskonale rozumiem, że w tym wypadku to ja jestem gościem w obcym dla mnie kraju i to ja muszę się dostosować do panujących tam obyczajów. Nie zmienia to jednak faktu, że zakrywanie ciała przez kobiety (chociaż zwracam honor, bo kilku panów także zostało wyrzuconych przez popa z kościoła z powodu zbyt krótkich spodenek – potem panowie obracali to w żart, bo jak widać co niektórzy byli bardziej w typie popa i dlatego pomimo krótkich spodenek nie zostali z niego wyrzuceni) zawsze będzie miało dla mnie posmak dyskryminacji i nakaz zakrywania ciała przez kobietę zawsze będzie świadczył nie tyle o zbyt wyzywającym ubiorze kobiety, ile o niemożliwości potraktowania kobiety przez mężczyznę jako człowieka, a nie jako posiadaczki kuszącego ciała.

No i druga sprawa, czyli nasi współtowarzysze, dla których najwidoczniej cywilizacja, co ja mówię, świat kończył się na „stolycy”. Ciągłe porównywanie wszystkiego do „stolycy”. Ciągłe powtarzanie „Bo u nas w Warszawie”, „Bo Ci Niemcy to się zachować nie potrafią”, „Bo Ci Ślązacy to po polsku nie rozumieją, więc posługujmy się wysoką polszczyzną, to nas nie zrozumieją”, „Bo u nas w Warszawie, to się trąbi na każdego słoika, żeby ten słoik wiedział, że nie masz cwaniaka nad Warszawiaka”. I dzięki temu wychodzi na to że nie masz większego zaścianniaka nad Warszawiaka.

I tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszy wpis :)

Tymczasem :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>